Union Berlin. Tożsamość cenniejsza niż finał Ligi Mistrzów

Lepiej być przegranym niż grubą świnią ze Stasi – za czasów NRD była to jedna z najpopularniejszych przyśpiewek na trybunach Starej Leśniczówki, gdzie swoje mecze od dekad rozgrywa Union Berlin. I choć od upadku najsłynniejszego muru w Europie minęło przeszło 30 lat, to hasło wcale nie straciło na aktualności.

Wyniki sportowe praktycznie od zawsze były we wschodniej części stolicy sprawą drugorzędną, a w 2009 roku wiecznie biedujący klub – któremu pustki w kasie przynajmniej dwukrotnie uniemożliwiły awans do wyższej ligi – lekką ręką odrzucił pięcioletni kontrakt sponsorski opiewający na 10 milionów euro. Okazało się bowiem, że prezes firmy ISP Jürgen Czilinsky intensywnie współpracował z nrdowskimi organami bezpieczeństwa wewnętrznego. Bogata kartoteka sprzed 1989 roku spowodowała, że inwestor został błyskawicznie pogoniony z klubowych korytarzy.

– Nie możemy zejść z obranej wcześniej ścieżki. Nawet za cenę bolesnych konsekwencji prawnych i finansowych – zakomunikowało szefostwo Unionu, które po kilku tygodniach jednostronnie zerwało umowę z firmą mającą być remedium na wieczne bóle głowy klubowego księgowego.

Die Mauer muss weg

Ale to tylko jedna z wielu historii, które ugruntowały pozycję Unionu jako klubu kultowego i antykomercyjnego. Mekki tych wszystkich, którzy identyfikują się z popularnym hasłem #againstmodernfootball.

Jeśli czytaliście moje reportaże na temat Hansy Rostock (kliknij tutaj) i Dynama Drezno (kliknij tutaj), to już doskonale wiecie, że leitmotiv najsłynniejszych postenerdowskich drużyn piłkarskich jest dość jasno określony i zbieżny dla większości z nich. Opus magnum datowane na okres, kiedy w Europie zamiast Strefy Schengen funkcjonowała żelazna kurtyna, a potem bolesne zderzenie z rzeczywistością po zjednoczeniu Niemiec. Powracające widmo bankructwa, tułaczka po niższych ligach oraz respirator w postaci tysięcy oddanych kibiców i gabloty zakurzonych trofeów.

Union nieco wyłamuje się z tej konwencji. Historia klubu sięga 1906 roku, kiedy w miejscowości Oberschöneweide (włączonej do Berlina dopiero w 1920 roku) powstał protoplasta o nazwie FC Olympia (szybko przemianowany na Union w wyniku kolejnych fuzji). Dwie wojny światowe, nazizm oraz komunizm spowodowały, że o zachowaniu jakiejkolwiek ciągłości nie było jednak mowy i za oficjalną datę powstania dzisiejszego Unionu uznaje się rok 1966. Przełomowy w historii nrdowskiego sportu, ponieważ to właśnie wtedy zdecydowano się wydzielić drużyny piłkarskie z wielkich sportowych kołchozów, co w przyszłości pozwoliło futbolowej reprezentacji NRD osiągnąć kilka sukcesów na międzynarodowej arenie (więcej na ten temat napisałem w reportażu poświęconym Hansie Rostock).

DSC_0570_4
Sami przyznacie – jest klimat (fot. własne)

Pamiątką po dawnych czasach jest jednak słynne motto kibiców ze wschodniej części Berlina, czyli hasło Eisern Union (Żelazny Union). Po raz pierwszy użyto go już w latach 20-tych poprzedniego wieku. Jego geneza jest bardzo prosta. Jednym z założycieli klubu był czeladnik zajmujący się ślusarstwem, a okolicę uznawano za przemysłowe przedmieścia Berlina. Piłkarze biegali po boisku w charakterystycznych, niebieskich strojach, w których wyglądali tak, jakby przed chwilą przestali kuć żelazo. Było to zresztą zgodne z prawdą, ponieważ większość z nich miała robotnicze pochodzenie.

Po wojnie klub przez przeszło dwie dekady nie potrafił odnaleźć się w rzeczywistości NRD i odgrywał marginalną rolę na piłkarskiej mapie nowego kraju. Zmieniano nazwy i koncepcje, a kibice coraz mniej identyfikowali się z zespołem z dzielnicy Köpenick. W 1966 roku okazało się jednak, że przedwojenne, robotnicze korzenie pozwoliły drużynie wrócić do świata żywych. Zagorzały kibic, a zarazem ówczesny przewodniczący konfederacji związków zawodowych Herbert Warnke wykorzystał fakt, że liga była w czasie reorganizacji i zażądał stworzenia klubu piłkarskiego dla klasy pracującej Berlina. I tym sposobem 20 stycznia 1966 roku powstał 1. FC Union Berlin. Czerwono-białe barwy miały nawiązywać do kolorów stołecznej flagi i symbolizować, że to jedyny klub w mieście (de facto w jego wschodniej części) zarządzany przez cywilów. Bez wsparcia ze strony policji albo wojska.

Zaczęło się obiecująco, ponieważ już w 1968 roku Żelaźni sięgnęli po krajowy puchar ogrywając w finale ówczesnego mistrza DDR – Carl Zeiss Jena (to największy sukces w historii klubu), ale to wcale nie był początek drogi na szczyt wschodnioniemieckiego futbolu. Mało tego – piłkarzom Unionu nie udało się do końca skonsumować nawet i tego triumfu, ponieważ wydarzenia Praskiej Wiosny spowodowały, że zespoły z NRD nie wzięły udziału w kolejnej edycji europejskich pucharów.

To właśnie wtedy Union zaczął pisać osobliwą historię klubu, który postanowił przesadnie nie przejmować się marnymi wynikami sportowymi. A trzeba zaznaczyć, że drużyna z Berlina naprawdę nigdy nie odegrała znaczącej roli w DDR-Oberlidze. Przez większość sezonów broniła się przed spadkiem (kilka razy nawet zleciała z ligi) i ani razu nie było jej dane stanąć choćby na najniższym stopniu podium. W tabeli wszech czasów nrdowskiej ekstraklasy zajmuje dopiero 14. miejsce i jedyne, czym może się pochwalić, to najgorszy bilans bramkowy z całej stawki. Żelaźni przez dekady nie potrafili skutecznie zamurować dostępu do własnego pola karnego i granie w NRD zakończyli z… 297 golami na minusie.

20200422_162833
Wszyscy posiadacze kart członkowskich mogą liczyć na urodzinowe życzenia złożone przez klub za pośrednictwem poszczególnych programów meczowych (fot. własne).

I choć gablota Unionu świeciła pustkami, to klub szybko stał się najpopularniejszą drużyną piłkarską w całym (to istotne!) Berlinie i mógł pochwalić się imponującą frekwencją na swoich meczach. Stadion An der Alten Försterei (w dosłownym tłumaczeniu Przy Starej Leśniczówce) gromadził na trybunach nie tylko klasę robotniczą, ale także opozycjonistów, punków, skinów i przeciwników reżimu. Wyrazy sympatii płynęły również z drugiej strony muru (m. in. od fanów Herthy). Berlińczycy (wschodni i zachodni) bardzo cenili Żelaznych za jawną krytykę NRD i ich antysocjalistyczną postawę.

Już wtedy funkcjonowało popularne dzisiaj powiedzenie: Chodzimy na Union, a nie na mecz piłki nożnej.

Klub z dzielnicy Köpenick był dla tych wszystkich ludzi namiastką wolności i przeciwwagą dla powszechnie znienawidzonego w kraju Dynama Berlin – klubu będącego oczkiem w głowie Ericha Mielke, wieloletniego szefa Stasi (więcej na ten temat pisałem w poprzednim reportażu o Dynamie Drezno, które też stało się ofiarą działalności tego pana).

Dlatego to właśnie na trybunach Starej Leśniczówki regularnie śpiewano:

Lieber ein Verlierer sein als ein dummes Stasi-Schwein (Lepiej być przegranym niż grubą świnią ze Stasi).

Union stał się dla władzy niewygodną wyspą oporu (jego zwolenników Stasi określało mianem wrogo nastawionych awanturników), a wymieszane, zróżnicowane towarzystwo przyczyniło się do tego, że kibice z Köpenick szybko zapracowali sobie na łatkę niepokornych i chętnych do konfrontacji np. ze służbami bezpieczeństwa.

Jedną z ciekawszych anegdot można przeczytać w książce State and Minorities in Communist East Germany autorstwa Normana LaPorte i Mike’a Dennisa. Fani Unionu – poza opozycyjnymi i wolnościowymi pobudkami – lubili się też chełpić tym, że są ze stolicy. Na wyjazd do Chemnitz (wówczas Karl-Marx-Stadt) zabrali ze sobą kubańskie pomarańcze i czerwone banany, żeby podkreślić swój bardziej uprzywilejowany status. Potem owoce (na co dzień dostępne tylko w stolicy NRD) wylądowały na głowach miejscowych kibiców.

DSC_0564_2
To zdjęcie zrobiłem kilkadziesiąt minut po ostatnim gwizdku jednego z domowych spotkań Unionu. Mimo porażki – nikt nie wychodził. Impreza trwała dalej (fot. własne).

Gdy u schyłku lat 80-tych zjednoczenie Niemiec zbliżało się wielkimi krokami, to sympatycy Unionu mogli mrozić szampany, ponieważ spełniało się ich wielkie marzenie.

Przez lata śpiewali:

Die Mauer muss weg (Mur musi upaść). 

A żeby przynajmniej częściowo uniknąć konsekwencji ze strony smutnych panów, którzy coraz częściej gościli na An der Alten Försterei, to powyższy okrzyk wznosili przede wszystkim wtedy, kiedy zespół przeciwny… ustawiał mur pod własną bramką, aby bronić się przed bezpośrednim strzałem z rzutu wolnego.

W Köpenick nikt nie łudził się jednak, że upadek NRD przyniesie się ze sobą lepsze jutro dla drużyny piłkarskiej. Union był na tyle słaby od strony sportowej, że nawet nie zasiadł do stołu, gdzie toczyła się decydująca batalia o mocno reglamentowane wejściówki do zjednoczonej 1. Bundesligi.

Berlińczycy ostatni sezon grania pod szyldem DDR (90/91) spędzili na drugim poziomie rozgrywkowym i dość szczęśliwie wygrali swoją grupę. To oznaczało, że zostaną dopuszczeni do baraży o grę w zjednoczonej 2. Bundeslidze, co i tak byłoby wiekopomnym sukcesem dla wiecznie dołującego Unionu.

Żelaźni nie sprawili jednak niespodzianki i przerżnęli turniej barażowy z udziałem trzech znacznie wyżej notowanych drużyn z Oberligi. Sporym pocieszeniem był jednak fakt, że znaleźli się w doborowym towarzystwie, ponieważ batalię o zaplecze Bundesligi przegrali razem z zasłużonym FC Magdeburg oraz znienawidzonym Dynamo Berlin, które wtedy ukrywało się już pod nazwą FC Berlin.

Wówczas w czerwono-białym trykocie Unionu biegał już Jacek Mencel, który był pierwszym obcokrajowcem w historii klubu. W 1990 roku przyszedł z Pogoni Szczecin za 50 tys. wschodnich marek i zdecydowanie nie były to pieniądze wyrzucone w błoto. Mencel w pierwszej połowie lat 90-tych należał do najskuteczniejszych zawodników drużyny i jeśli wziąć pod uwagę jego dorobek ze wszystkich możliwych rozgrywek, to ciągle znajduje się w ścisłej czołówce najskuteczniejszych zawodników w historii Unionu. To zupełnie nieznany, a przecież bardzo ciekawy polski wątek związany z Żelaznymi. Po latach inny były zawodnik Unionu – Antoni Jeleń zdradził na łamach Katowickiego Sportu, że Mencel po zakończeniu kariery zrobił doktorat i teraz wykłada na poznańskim uniwersytecie.

Z trzeciej ligi do Pucharu UEFA

Klub z dzielnicy Köpenick nową rzeczywistość finalnie powitał w Oberlidze, a więc na trzecim poziomie rozgrywkowym (podzielonym na wiele grup). Geografia była sprzymierzeńcem Unionu. Jedynymi poważnymi rywalami Żelaznych były FC Magdeburg i Energie Cottbus, a na resztę stawki składały się małe kluby ze stolicy i okolic, które nawet nie marzyły o awansie. Union w sezonie 91/92 wygrał swoją grupę, ale po raz kolejny poległ w barażach i szybko zaczął pracować na łatkę zespołu, który nie może niczego wygrać także po zjednoczeniu Niemiec.

DSC_0558_4
fot. własne

Wydawało się jednak, że kolejne rozgrywki pozwolą przełamać fatalną passę, ponieważ berlińczycy nie dość, że po raz kolejny wygrali swoją grupę, to w końcu najlepsi okazali się też w barażach. Decydujące spotkanie oglądało 15 tys. widzów – przekonanych, że nowy sezon zaczną już w 2. Bundeslidze. Jednym z głównych architektów sukcesu był zresztą Mencel, który w 29 meczach strzelił 24 gole i został wybrany zawodnikiem sezonu.

I tutaj płynnie przechodzimy do jednej z czarnych kart w historii Unionu, ponieważ ostatecznie zespół ze stolicy nie zameldował się na zapleczu 1. Bundesligi. Okazało się, że sfałszowano gwarancję bankową, żeby spełnić wymogi licencyjne, ale związek nie dał się wykiwać i odesłał klub z Berlina z powrotem do trzeciej ligi. Rok później sytuacja się powtórzyła, ale tym razem nikt już nawet nie próbował pudrować trupa. 

Zadłużony po uszy klub na wiele lat utknął na trzecim poziomie rozgrywkowym i myślał przede wszystkim o tym, żeby w ogóle przetrwać. Przy życiu trzymali go oddani kibice, którzy potrafili zorganizować kilkutysięczną pikietę pod Bramą Brandenburską i prosić mieszkańców Berlina o wsparcie. Przyniosło to oczekiwane efekty (w temat zaangażowała się m. in. firma Nike) i po wielu latach budżet w końcu zaczął się dopinać.

Stabilizacja finansowa przełożyła się na poprawę wyników na boisku i trzeba przyznać, że Union – szczególnie biorąc pod uwagę jego sportowe osiągnięcia z poprzednich dekad – w nowe stulecie wszedł w spektakularny sposób. Sezon 2000/2001 był najlepszym w dziejach klubu. Po pierwsze berlińczycy nareszcie wywalczyli upragniony awans do 2. Bundesligi, a po drugie dotarli aż do finału Pucharu Niemiec, gdzie musieli uznać wyższość Schalke 04 (porażka 0:2).

W nagrodę mogli wystąpić w kolejnej edycji Pucharu UEFA (Union jest jedynym niemieckim klubem, który wywalczył przepustki do Europy jako trzecioligowiec), ale jak łatwo się domyśleć – wojaże Żelaznych po Starym Kontynencie nie trwały zbyt długo. Berlińczycy w pierwszej rundzie wyeliminowali fiński zespół FC Haka, ale potem zbyt silny okazał się bułgarski Litex Łowecz.

Unionowi żelaznej pozycji nie udało się ugruntować również w 2. Bundeslidze, ponieważ już w 2005 roku drużyna ze stolicy miała na koncie dwa spadki z rzędu i wylądowała na czwartym poziomie rozgrywkowym (!). W parze ze sportową degrengoladą oczywiście przyszedł też kryzys finansowy i widmo bankructwa znowu zaczęło zaglądać klubowi w oczy.

Brakujące do zachowania licencji prawie 1,5 miliona euro pochodziło m. in. z krwawicy kibiców, którzy znowu stanęli na wysokości zadania. Krwawicy w przenośni i dosłownie, ponieważ fani zorganizowali akcję Bluten für Union, czyli Krwawienie dla Unionu. Oddawali krew, a cały dochód przekazywali na reanimację klubu.

sdr
Berlin jest czerwony (fot. własne)

Resztę pieniędzy przelał biznesmen (i kibic od 7. roku życia) Dirk Zingler, który w 2004 roku objął fotel prezesa (pełni tę funkcję do dzisiaj) i wyprowadził klub na prostą. Zasłynął z powiedzenia, że kibic nigdy nie będzie traktowany jako klient, a jego pozycją nie zachwiały nawet doniesienia z 2011 roku, kiedy okazało się, że w młodości służył w pułku Feliksa Dzierżyńskiego – uznawanym za formację powiązaną ze Stasi. Zingler tłumaczył, że musiał przejść obowiązkową służbę wojskową i akurat tam go skierowano. O powiązaniach z bezpieką miał się dowiedzieć dopiero po dołączeniu do jednostki, a jego działalność ograniczała się do pilnowania jednego z rządowych szpitali.

– Nudna robota. Wstajesz, nic się nie dzieje, czasem ćwiczysz strzelanie. Tak minęły mi trzy lata – mówił w rozmowie z 11freunde.de.

Kilka lat później fani chwycili natomiast za łopaty i zaczęli przebudowywać Stadion przy Starej Leśniczówce. 2300 kibiców przez 140 tys. godzin modernizowało swój ukochany dom. Za darmo i jak na mieszkańców robotniczej dzielnicy przystało. Niektórzy w sprawę zaangażowali się tak bardzo, że zdenerwowali swoich pracodawców i w miejscach zatrudnienia zameldowali się z czasowymi wypowiedzeniami. Klub zaoszczędził w ten sposób kilka milionów euro, a specjalistów ściągał na stadion tylko wtedy, gdy nie było już innego wyjścia. Na przykład przy montowaniu zadaszenia.

Władze Unionu stwierdziły, że skoro stadion przebudowali sami kibice, to obiekt należy oddać w ich ręce. Wyemitowano kilka tysięcy akcji (po 500 euro) i tym sposobem fani stali się współwłaścicielami Starej Leśniczówki (jeśli wierzyć danym z internetu – w 58%).

Dzisiaj stadion żyje nie tylko podczas spotkań piłkarskich. Przy okazji stał się też jednym z głównych ośrodków kultury w tym regionie Berlina. Odbywają się tutaj koncerty zespołów grających alternatywną muzykę, w okresie świąt Bożego Narodzenia kilkadziesiąt tysięcy osób przychodzi wspólnie śpiewać kolędy, a podczas dużych imprez piłkarskich kibice Unionu potrafią przytaszczyć ze swoich domów kanapy i razem oglądać mistrzostwa.

Minioną dekadę zespół z Köpenick spędził w 2. Bundeslidze. Przez lata w końcu ugruntował swoją pozycję solidnego drugoligowca, ale raczej niewiele wskazywało na to, że kiedyś zapuka do bram elity. Śmiano się, że Union zbyt długo pracował na łatkę zespołu, który stroni od sukcesów, żeby teraz zaprzepaścić cały ten dorobek. A żart jednego z trenerów, który stwierdził, że będzie pierwszym szkoleniowcem zwolnionym za awans jest już tak oklepany, że można go było przeczytać praktycznie w każdym tekście poświęconym Unionowi w polskich mediach.

Ale przed startem poprzedniego sezonu (2018/2019) stery we wschodnim Berlinie przejął Urs Fischer. To szkoleniowiec, który z sukcesami prowadził m. in. cudowne dziecko szwajcarskiej piłki, czyli FC Basel. Klub, który ma zupełnie odmienną wizję działania od Unionu. W Bazylei od lat starają się udowodnić, że w małym, alpejskim państwie można zbudować drużynę, która jak równy z równym będzie walczyła z możnymi europejskiej piłki.

Stało się więc jasne, że wywodzący się z takiego środowiska Fischer nie zadowoli się tylko bezstresowym kopaniem futbolówki w środku tabeli 2. Bundesligi. Pozostając przy analogiach do Poranku Kojota – którym posiłkowałem się też w czasie pisania tekstu o Dynamie Drezno – Fischer mocno wziął sobie do serca słowa z bankietu na cześć senatora Polaka.

Jeżeli czegoś nie da się zrobić, potrzebny jest ktoś, kto o tym nie wie – przyjdzie i to zrobi.

I Fischer przyszedł, i to zrobił. Union poprzedni sezon zakończył na 3. miejscu w tabeli, okazał się lepszy w barażach od VfB Stuttgart i po raz pierwszy w historii awansował do 1. Bundesligi. W trwających – choć aktualnie zawieszonych z powodu epidemii koronawirusa – rozgrywkach jest jedynym zespołem z nrdowskim rodowodem w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Awans do elity był oczywiście ogromnym sukcesem, jednak kibice do końca starali się zdejmować presję z piłkarzy. Co prawda odwiedzali ich na treningach, ale nie były to wizyty w stylu znanym z polskich stadionów, czyli polegające na zastraszaniu i groźbach. Fani Unionu starali się uświadomić drużynie, że ta wszystko może, ale nic nie musi. Bo gdyby podopieczni Fischera zostali w 2. Bundeslidze, to życie na spokojnych uliczkach wschodniej części Berlina wyglądałoby dokładnie tak samo.

Odeszli, ale dzięki nim Union wciąż żyje

Union NIE był więc skazany na awans za wszelką cenę, ale gdy premia do 1. Bundesligi stała się faktem, to cały Köpenick wpadł w szał radości. Czasami nieco nostalgicznej, ponieważ fani – przede wszystkim starszej daty – mieli świadomość, jak długa i wyboista była droga do elity. Gnojenie za czasów NRD, poniewierka po zjednoczeniu Niemiec, a w międzyczasie kibicowska krew, pot i łzy, żeby Union w ogóle mógł istnieć i miał, gdzie grać.

Dla berlińczyków karta odwróciła się chyba na dobre, ponieważ los uśmiechnął się do nich także w kwestii ligowego terminarza. Okazało się, że Union inauguracyjny mecz w 1. Bundeslidze rozegra na własnym stadionie przeciw… RB Lipsk. To niezwykle kontrowersyjny klub, którego nikomu nie trzeba bliżej przedstawiać. Powszechnie znienawidzony na niemieckich trybunach, uznawany za zabawkę Red Bulla i symbol modern football’u.

Mecz nie dość, że miał wiele podtekstów, to był po prostu zderzeniem dwóch piłkarskich światów. Stało się jasne, że kibice Unionu nie przepuszczą takiej okazji i z niemiecką elitą przywitają się w takim stylu, do jakiego przyzwyczaili w poprzednich dekadach swojego funkcjonowania na peryferiach poważnego grania. Wyszło perfekcyjnie, ponieważ inauguracyjna porażka aż 0:4 zeszła na dalszy plan.

Przez pierwszy kwadrans atmosfera na Starej Leśniczówce była… nostalgiczna i ponura. Najpierw na trybunach, w rękach kibiców, pojawiły się setki monochromatycznych banerów z wizerunkami fanów Unionu, którzy nie doczekali historycznego awansu. Ten symboliczny gest miał sprawić, że tego dnia byli razem ze swoimi bliskimi. Skrupulatnie policzono wszystkie zdjęcia i spiker podał, że na meczu było 22 467 widzów (o ponad 400 więcej niż mieści stadion). Zamiast radości były przede wszystkim łzy wzruszenia.

Der Verein lebt durch seine Fans! (Klub żyje dzięki swoim kibicom!) – można było przeczytać na jednym z transparentów. Rodzina Unionu dziękowała tym wszystkim, którzy już odeszli, ale przez lata brali udział w wyjątkowych akcjach na rzecz klubu i utrzymali go przy życiu (oddawali krew, budowali stadion, organizowali koncerty).

A do 15. minuty stadion milczał, nie było dopingu. Kibice Żelaznych w ten sposób chcieli zaprotestować przeciwko istnieniu RB Lipsk. Jak nie trudno się domyślić – piłkarze i sztab szkoleniowy Unionu nie byli zachwyceni tą decyzją. Najgłośniej protestował bramkarz Rafał Gikiewicz. Polak, m. in. na Instagramie, apelował do fanów o zmianę decyzji – przekonując, że ich doping będzie potrzebny od pierwszej minuty. Bezskutecznie.

To nie był koniec szpilek wbijanych drużynie z Lipska. Na trybunach zaprezentowano transparent o wymownej treści: Nach 10 Jahren wieder ein Ostverein in dieser Liga! 

Kibice Unionu dali tym samym do zrozumienia, że nie uważają drużyny spod szyldu Red Bulla za klub ze wschodu Niemiec – czyli stricte z terenów byłej NRD i są pierwszym zespołem z Ostdeutschland od dziesięciu lat, który zagościł w 1. Bundeslidze (dekadę wcześniej z elity zleciało Energie Cottbus).

W programie meczowym – zamiast herbu z bykami znanymi z puszki słynnego energetyka – pojawiło się natomiast logo SSV Markranstädt, czyli klubu, od którego Red Bull w 2009 roku wykupił licencję na granie w 5. lidze i rozpoczął spektakularny marsz ku 1. Bundeslidze. Fani z Lipska donosili z kolei, że od około 40. minuty w sektorze gości śmierdziało… obornikiem. Nie byli zaskoczeni, ponieważ kilka lat wcześniej, kiedy drużyny spotkały się w drugiej lidze, na stadionie w Berlinie powitał ich niezwykle intensywny odór… kwasu masłowego.

Kilkaset euro za derby Berlina

Jeśli nie będziemy brali pod uwagę całych obszarów metropolitarnych, to Berlin – oczywiście już po opuszczeniu wspólnoty przez Zjednoczone Królestwo – zajmuje pierwsze miejsce w rankingu miast z największą liczbą ludności w Unii Europejskiej. Według oficjalnych danych niemiecką stolicę zamieszkuje prawie 3,8 miliona osób, a w rzeczywistości ta liczba jest zapewne jeszcze większa.

Nie trzeba być więc wytrawnym analitykiem, żeby stwierdzić, że skoro Union jest w Berlinie klubem kultowym, to 22 tysiące miejsc na stadionie to trochę za mało, żeby pomieścić wszystkich zainteresowanych. Nawet, jeśli znakomita większość jego kibiców zamieszkuje tylko wschodnią część miasta.

Dlatego raczej nie zaskoczy Was informacja, że – po awansie do 1. Bundesligi – stadion Unionu jest jednym z najtrudniej dostępnych obiektów piłkarskich w Europie dla zwykłego śmiertelnika. Niezależnie od klasy i renomy rywala, nie ma możliwości, żeby przed meczem przyjść sobie do kasy i po prostu kupić bilet. Posunę się nawet do stwierdzenia, że można bez obaw postawić cały dorobek życia na to, że dopóki Stara Leśniczówka będzie funkcjonowała w obecnym kształcie, to na każdym oficjalnym spotkaniu Żelaznych będzie komplet publiczności (biorę oczywiście pod uwagę sektory przeznaczone dla gospodarzy).

DSC_0476_4
Najbardziej fanatyczna część stadionu (fot. własne).

Union (stan na 31 marca 2020 roku) może pochwalić się liczbą aż 36 957 posiadaczy kart członkowskich, którzy regularnie płacą składki na rzecz klubu. To pierwsze miejsce, jeśli chodzi o zespoły z NRD-owskim rodowodem i 11. w całym kraju. Po awansie przyrost zaangażowanych członków jest tak dynamiczny, że za jakiś czas będzie ich prawdopodobnie dwa razy więcej niż miejsc na berlińskim stadionie.

Dlatego – w dużym uproszczeniu – dystrybucja jest prowadzona w następujący sposób:

Pula karnetów na cały sezon rozeszła się błyskawicznie. Klub zdecydował, że – pomimo historycznego sukcesu – ich ceny nie wzrosną nawet o pół centa (187 euro za miejsce stojące, najtaniej w 1. Bundeslidze) i trafią przede wszystkim w ręce tych kibiców, którzy posiadali kartę członkowską i stały abonament także w poprzednich sezonach, kiedy Union nie był na fali. Bilety na poszczególne mecze są natomiast rozlosowywane wśród członków młodszych stażem. 

Jak widać – zainteresowanie spotkaniami Żelaznych jest tak gigantyczne, że nawet fani, którzy są członkami klubu i co miesiąc płacą składki, nie mogą być pewni, że zobaczą każdy mecz Unionu w sezonie. A teraz uświadommy sobie, jak daleko w tym łańcuchu pokarmowym są zwykli kibice, mieszkańcy Berlina czy nawet stadionowi turyści, którzy chcieliby po prostu choć raz poczuć klimat Starej Leśniczówki.

Reguły funkcjonowania we współczesnym świecie są oczywiste, więc stało się jasne, że tak ogromny popyt na deficytowy towar będzie sprzyjał rozwojowi czarnego rynku. Niektóre osoby mające dostęp do reglamentowanej puli wejściówek znalazły świetny sposób na łatwe zarabianie pieniędzy, a pojedyncze bilety zaczęły trafiać do internetu i na rynek wtórny. Oczywiście w astronomicznych cenach. A gwoli ścisłości przypomnę tylko, że ten reportaż nie jest poświęcony Liverpoolowi czy Realowi Madryt, ale Unionowi Berlin. Klubowi, który nigdy niczego poważnego nie wygrał!

Dlatego Stadion An der Alten Försterei to wyjątkowe, a zarazem bardzo specyficzne miejsce, gdzie trudno dyskretnie wtopić się w tłum. Bo jeśli już uda Wam się dostać na trybuny, to trzeba się liczyć z tym, że prędzej czy później zostaniemy rozkminieni przez miejscowych kibiców. W kolejnych rozdziałach szerzej rozwinę ten wątek, ale na razie uspokoję tylko, że owe rozpoznanie wcale nie jest równoznaczne z krzywymi spojrzeniami. Wręcz przeciwnie – z reguły to przyczynek do ciekawych dyskusji.

– Z Polski? To jak udało Wam się tu dostać? […] W takim razie doceńcie ten fakt. Na niedawnych derbach z Herthą Berlin najbardziej zdesperowani kupowali bilety na czarnym rynku za 300, 400 euro – tłumaczył nam jeden z kibiców Unionu podczas grudniowego spotkania z TSG 1899 Hoffenheim.

Horrendalne ceny są niezgodne z polityką Unionu, więc klub wypowiedział wojnę osobom, które parają się nielegalną dystrybucją wejściówek. Na jednej z konferencji prasowych rzecznik Żelaznych straszył koników konsekwencjami prawnymi i zapowiedział, że będzie próbował blokować takie bilety. W rzeczywistości jest to jednak bardzo trudne, ponieważ wejściówki nie są imienne i – nie licząc jedynej trybuny z krzesełkami – nie mają nawet przypisanych konkretnych miejsc. Tylko sektor, na którym znajdziemy się z razem z kilkoma tysiącami innych kibiców.

Hermetyczna aura idealnie wpisuje się w klimat Unionu. Miejscowym fanom pozwala jeszcze dosadniej gloryfikować swoją przynależność do czegoś wyjątkowego i jedynego w swoim rodzaju, natomiast dla piłkarskich turystów jest dodatkowym powodem, żeby Stadion An der Alten Försterei umieszczać w panteonie obiektów spod szyldu against modern football.

Każdy zaprawiony w boju groundhopper dobrze jednak wie, że nie ma takiego stadionu, na który nie da się wejść. Jedni po prostu uszczuplą swój budżet o kilka stów i rzucą się w wir transakcji na czarnym rynku, inni zaczną kombinować na wszelkie możliwe sposoby. W Salonikach byłem świadkiem pięknego obrazka, jak miejscowi wciągali się za ręce na dach okalający stadion i zeskakiwali z niego już za kołowrotkami. Odnośnie Niemiec moją ulubioną historią jest natomiast ta, którą przeczytałem w magazynie To My Kibice+. Autor reportażu z derbów Hamburga prawie pięć godzin przed pierwszym gwizdkiem wykorzystał zamieszanie wśród ochroniarzy, który dopiero zaczynali ustawiać barierki i po prostu wszedł sobie na stadion. Zabarykadowany w kiblu przeczekał aż na trybunach zaczną pojawiać się kibice i potem mógł już swobodnie cieszyć się widowiskiem sportowym.

DSC_0479_4
Na Unionie nigdy nie może zabraknąć ci piwa (fot. własne).

Wiem, że skoro już tak obszernie rozpisałem się na temat skomplikowanych procedur związanych z wyszarpaniem wejściówki na Union, to muszę również zdradzić – w jaki sposób ja dostałem się na stadion we wschodniej części Berlina. Od razu zaznaczę, że nie była to żadna spektakularna historia. Nie przebierałem się ze stewarda, nie skakałem przez płot, nie grzebałem miejscowym kibicom po kieszeniach.

Posłużę się za to kultowym cytatem Saula Goodmana z serialu Breaking Bad:

I know a guy, who knows a guy, who knows another guy.

Piszcząc w skrócie – dzięki uprzejmości i kontaktom dziennikarza znakomicie znającego realia niemieckiej piłki miałem możliwość, jesienią 2019 roku, zobaczyć na żywo dwa mecze Unionu Berlin w 1. Bundeslidze. Z Eintrachtem Frankfurt i TSG 1899 Hoffenheim.

W tym miejscu, w ramach podziękowania, pogrubioną czcionką powinienem napisać imię i nazwisko owego żurnalisty, ale – biorąc pod uwagę skalę trudności i duże zainteresowanie meczami Unionu w Polsce – nie zrobię tego, żeby jego skrzynka pocztowa nie przeżyła oblężenia. Nie dlatego, że jestem ch*jem i nie chcę pomóc, ale to naprawdę mocno deficytowy towar. Nawet sami zawodnicy dostają do dyspozycji bardzo wąską pulę i muszą dwa razy obejrzeć każdy bilet zanim zdecydują, w czyje ręce trafi.

Zawsze jednak warto podzwonić i popytać, bo chodziły słuchy – przynajmniej za czasów 2. Bundesligi – że w Unionie przychylnym okiem patrzą na pozytywnie zakręconych piłkarskich wariatów i czasami przyznają akredytacje prasowe nawet tym, którzy nie reprezentują mainstream’owych mediów.

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu. Stadion nurza się w zieloności

Dzielnica Köpenick ma niewiele wspólnego z obrazem Berlina znanym z pocztówek. Do gwarnego i zawsze zatłoczonego Alexanderplatz jest jej bardzo daleko. W przenośni i dosłownie. Na mapie wygląda jak niechlujnie doklejony puzzel w południowo-wschodniej części niemieckiej stolicy, a od centrum miasta oddzielają ją dwie rzeki, lasy i parki.

Wąskie, spokojne uliczki, ratusz, a nawet zamek. Wystarczy zaledwie krótki rekonesans po okolicy, żeby spostrzec, że Köpenick przez większość swojego istnienia był samodzielną jednostką administracyjną i dopiero w 1920 roku został wchłonięty przez stolicę na mocy projektu o nazwie Wielki Berlin. 

Czternaście lat wcześniej miasto zdążyło się jednak już na zawsze zapisać w historii kraju. Wilhelm Voigt był pruskim szewcem i – można by zażartować – niemieckim pierwowzorem filmowej postaci pułkownika Kwiatkowskiego. Po wyjściu z więzienia nie widział dla siebie żadnych perspektyw, więc na straganie ze starociami kupił mundur kapitana armii pruskiej i zawitał do spokojnego Köpenick. Stopień oficera pozwolił mu skrzyknąć miejscowych żołnierzy, wkroczyć do ratusza, aresztować burmistrza i przejąć wszystkie oszczędności z kasy magistratu. Voigta w końcu złapano, ale brawurowa historia na tyle rozbawiła najwyższe instancje w kraju, że został osądzony bardzo łagodnie.

Zapewniam Was, że urządzając sobie spacer w okolicy stadionu Unionu – nie uwierzylibyście, że miejscowy zespół gra w 1. Bundeslidze i przyjeżdżają tutaj drużyny pokroju Bayernu Monachium czy Borussii Dortmund. Obiekt jest zlokalizowany w lesie, a nazwa Przy Starej Leśniczówce wcale nie jest sprytnym zabiegiem marketingowym. Nieopodal faktycznie stoi leśniczówka, w której dzisiaj mieszczą się zresztą klubowe biura. To budynek jeszcze z XIX wieku, zbudowany z myślą o Pruskich Lasach Państwowych. 

750px-Alte_Försterei_Köpenick1
Stara Leśniczówka (fot. wikipedia/Joachim Schmidt)

Moja pierwsza wizyta na Unionie miała miejsce 27 września 2019 roku (mecz z Eintrachtem Frankfurt). Nie zdążyłem jeszcze przekroczyć bram stadionu, a już byłem w szoku. Z racji towarzystwa na tym wyjeździe – przysługiwało nam miejsce na parkingu dla dziennikarzy. Okazało się, że to wąska, skromnie oświetlona alejka w sercu lasu, na której rozsądnym rozwiązaniem było maksymalne przytulenie się do drzew i rozjechanie kilku gałęzi, żeby zapewnić możliwie komfortowy przejazd innym samochodom.

Szlabanem zawiadował z kolei przemiły pan ochroniarz, który gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski – od razu się rozpromienił.

– Mam mamusia Polka! – rzucił łamaną polszczyzną. W gratisie dorzucił informację, jak osobiście otworzyć sobie szlaban, gdybyśmy po powrocie nie zastali go już na posterunku.

Gdy w grudniu ponownie zawitaliśmy do bram jego królestwa (jeśli dobrze pamiętam, to o profesjonalnej nazwie P4) szybko nas rozpoznał i na bieżąco raczył różnymi formami dzień dobry do widzenia.

Na stadion, siłą rzeczy, idzie się przez las. Miejscowi kibice dorobili do tego sympatyczną ideologię, że droga pośród drzew idealnie wpisuje się w klimat Unionu – symbolizuje wolność i brak ograniczeń.

Latem i – przede wszystkim – w ciągu dnia taka przechadzka z pewnością robi sympatyczne wrażenie, natomiast tamtego jesiennego wieczora niespecjalnie miałem ochotę na kontemplowanie okoliczności przyrody. Wąski i krzywy chodnik, trzy latarnie na krzyż, trochę śmieci wokół oraz narastający tłum kibiców, który – jak to w Niemczech – za podstawowy atrybut w ręku przyjmuje szklaną butelkę z piwem. To nie jest tak, że czujesz jakiś strach – po prostu masz ochotę jak najszybciej sforsować tę ścieżkę zamiast rozkładać ręce i pochłaniać energię.

Spośród drzew nagle wyłania się jednak stadion i plac, gdzie czuć się już przedmeczową atmosferę. Starszy jegomość przyodziany w szkocką kratę skocznie przygrywa na jakimś dziwnym instrumencie (dudy?), a wokół stoją wózki z hipermarketów, gdzie można wyrzucić butelkę po spożyciu kolejnego Berliner Kindla i przy okazji dać komuś zarobić parę eurocentów.

DSC_0136_5
Fanshop dobrze wyposażony (fot. własne)

Jest kameralnie, ale bardzo klimatycznie. Przy każdej z trybun znajdują się szeroko pojęte centra integracji z masą punktów gastronomicznych. Piwo, currywurst, bockwurst i grube, ociekające tłuszczem płaty karkówki pakowane w świeżą bułkę. Sosy oczywiście na kranach. Lejesz po całości. Tak, że ketchup zaczyna ściekać po rękach. A to wszystko – zgodnie z polityką Unionu – w bardzo przystępnych cenach. Masz przyjść na stadion, spotkać się ze znajomymi, wypić kilka piw, coś zjeść i nie zostawić majątku. W końcu jesteś u siebie w domu.

Atmosferę faktycznie można określić mianem rodzinnej. Przestrzeń wokół obiektu jest niewielka, więc w najbardziej newralgicznych miejscach panuje spory ścisk. To dlatego – gdy nagle zatrzymałem się, żeby zrobić zdjęcie – usłyszałem za plecami najpopularniejsze niemieckie przekleństwo i coś w stylu: Ach, ci turyści…

Dzięki temu dość szybko można dostrzec, że stadion Unionu to nie jest miejsce powszechnej lanserki i trzeba się mocno postarać, żeby zauważyć osoby przyklejone do smartfonów. W zasadzie mogę pokusić się o stwierdzenie, że Stadion An der Alten Försterei to jeden z ostatnich bastionów wielkomiejskiego świata, gdzie naturalne kontakty międzyludzkie wciąż są na pierwszym planie i nawet bywalcy modnych knajp na Prenzlauer Berg na kilka godzin wyłączają Instagrama. To dlatego na trybunach Starej Leśniczówki bardzo łatwo jest wyłapać stadionowych turystów, którzy dokonują skrupulatnej dokumentacji fotograficznej tego miejsca.

Oczywiście nie ma w tym nic złego i to jak najbardziej normalna sprawa. Szczególnie, że przepastne archiwum pozwala przetrwać trudny czas epidemii koronawirusa i przywołać miłe wspomnienia z normalnych czasów, kiedy w sobotni poranek ruszało się ku kolejnej przygodzie.

Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną

Na stadion Unionu trzeba przyjść kilkadziesiąt minut przed pierwszym gwizdkiem. Ale nie tylko dlatego, żeby nażłopać się piwska w miłej atmosferze.

Po pierwsze – ze względów pragmatycznych. Trzy z czterech trybun posiadają wyłącznie miejsca stojące i warto wypracować sobie w miarę komfortową pozycję do oglądania meczu. A wbrew pozorom wcale nie jest to takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Większość kibiców na terenie Starej Leśniczówki melduje się w dużych grupach, które piłkę nożną traktują jako istotny, ale jednak dodatek do spotkania towarzyskiego. Dlatego na trybunach dekują się bardzo wcześnie – piwkują, rozmawiają, zajadają wursta. 

DSC_0548_3
W kolejce po piwo już na trybunie (fot. własne).

Im bliżej meczu, tym grupy systematycznie się rozrastają, a ścisk robi się coraz większy. Jeśli indywidualnie zajmiesz sobie pozycje gdzieś z boku sektora, to z czasem będziesz wypychany coraz bardziej do zewnątrz – robiąc miejsce kolejnym napływającym kibicom, którzy akurat zauważyli Hansa i koniecznie chcą tego dnia oglądać mecz razem z nim oraz jego kolegami. Twoja nieświadoma uprzejmość spowoduje, że finalnie wylądujesz… na schodach. Za pierwszym razem pomyślałem sobie, że w sumie co mi za różnica, przecież tutaj i tak nie ma ani krzesełek, ani numerowanych miejsc.

Pełna rezonu niemiecka pani steward bardzo szybko nauczyła mnie jednak miejscowego ordnungu. Nie powiedziała ani słowa, tylko tupnęła – butem wyznaczając linie, której nie wolno mi przekroczyć. Okazało się, że na schodach można stworzyć tylko po jednym dodatkowym rzędzie z obu stron. Szczęśliwie stałem jeszcze w granicach dozwolonej strefy i postanowiłem zakotwiczyć tam na dobre. Oczywiście wyjście po piwo stało się niemożliwe, ponieważ nie byłoby już dokąd wracać. A wcześniejsze próby zajęcia dobrej pozycji na wypłaszczonym dole trybuny zakończyły się fiaskiem. Tłum zgęstniał na tyle, że pomimo moich 184 cm wzrostu widziałem tylko plecy innych kibiców.

Trzeba przyznać, że stewardzi są bardzo wyczuleni na to, żeby ciągi komunikacyjne na wszystkich sektorach były cały czas udrożnione, a spod prawa nie jest wyjęta nawet najbardziej fanatyczna trybuna Waldseite. Roboty jest sporo, dlatego służba porządkowa składa się w większości z ogarniętych osób (szeroki przekrój społeczny od młodych kobiet po przypakowanych Turków), które intensywnie lustrują ruch na schodach między sektorami. To inny gatunek literacki w porównaniu z rodzimymi sierotami, znanymi mi np. ze stadionu Pogoni Szczecin, które kwalifikują się do zabrania na zupę do baru mlecznego, a nie pilnowania porządku i pomagania kibicom.

Upierdliwość stewardów bierze się przede wszystkim z tego, że stadion Unionu jest do rozgrywek dopuszczony warunkowo, bo ma zbyt mało miejsc siedzących (3617 a zgodnie z regulaminem krzesełek powinno być przynajmniej 8000). Liga na razie przymyka na ten fakt oko, ale tylko dlatego, że berlińczycy w bliskiej przyszłości planują rozbudować obiekt. Na razie muszą natomiast pilnować porządku, żeby decydenci nie żałowali swojej pobłażliwości.

Drugim powodem, który powinien nas zmotywować do wcześniejszego pojawienia się na stadionie jest wyjątkowy, przedmeczowy spektakl. Buzujące od emocji trybuny momentalnie milkną, gdy z głośników zaczyna płynąć spokojny, ale donośny głos narratora, który wprowadza nas w atmosferę zbliżającego się wielkimi krokami widowiska. Tekst zawsze jest tam sam – to prolog sztuki teatralnej Jörga Steinberga pod tytułem: Und niemals vergessen – Eisern Union!

Ponad 20 tys. ludzi w skupieniu podnosi czerwone szale nad swoje głowy i wysłuchuje opowieści o dzielnym ślusarzu z Oberschöneweide, który w latach 20-tych zapisał pierwszą kartę w historii klubu. Motywem przewodnim jest oczywiście hasło Eisern Union (Żelazna Unia), które przez dziesiątki lat, w niezmienionej formie, pozostało najsłynniejszym okrzykiem bojowym miejscowych kibiców.

Potem do akcji wkracza Nina Hagen. To niemiecka piosenkarka nazywana matką chrzestną punk-rocka i autorka jednego z najsłynniejszych hymnów klubowych za naszą zachodnią granicą. Jego tytuł jest chyba oczywisty – Eisern Union. Rockowy utwór powstał w 1998 roku i spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem kibiców w Berlinie.

Na poniższym filmie możecie zobaczyć namiastkę tej przedmeczowej atmosfery:

Union swoją tożsamość buduje wyłącznie przy współudziale osób związanych z klubem. Steinberg to nie tylko reżyser teatralny, aktor i autor scenografii, ale przede wszystkim fanatyczny kibic Żelaznych. Hagen – choć jej sława jest ogólnoświatowa – urodziła się we wschodnim Berlinie, a jej osobowość i image idealnie wpisują się w klimat Unionu. Szalona, antysystemowa, nieokiełznana, inna niż wszyscy. Klubowy hymn miał być kawałkiem porządnego rocka i zastrzykiem pozytywnej energii, a nie piosenką, z której wylewa się patos.

Na zastrzyk pozytywnej energii przed pierwszym gwizdkiem mogą liczyć też piłkarze. Gdy spiker prezentuje jedenastkę, która zaraz wybiegnie na boisko, to kibice każde wyczytane nazwisko kwitują okrzykiem… Fußballgott, czyli po prostu Bóg Futbolu. Jak widać – nie trzeba grać w Realu Madryt czy FC Barcelonie, żeby zapracować na taki przydomek. Jeśli chcielibyście poznać genezę specyficznego zachowania berlińskich kibiców, to musicie cofnąć się aż do 1988 roku, kiedy Union – w ostatniej kolejce – cudem utrzymał się DDR-Oberlidze, dzięki wyjazdowemu zwycięstwu 3:2 w Karl-Marx-Stadt. Dzień później w prasie pojawił się wymowny nagłówek: Der Gott muß wohl Unioner sein (Bóg musiał być Unionerem).  

Zawodnicy generalnie nie mogą narzekać na zbyt dużą presję ze strony publiczności. Nieoficjalną biblią każdego fana Unionu jest tzw. kodeks Boone’a (nazwa wzięła się od imienia kibica, który go stworzył). Możemy w nim przeczytać, że prawdziwy sympatyk Żelaznych:

1. Nigdy nie zrobi z zawodnika kozła ofiarnego.

2. Nigdy nie będzie gwizdał na swoją drużynę.

3. Nigdy nie wyjdzie ze stadionu przed ostatnim gwizdkiem.

4. Zdarte gardło od śpiewania to znak rozpoznawczy każdego kibica Unionu.

Skoro pojawiła się wzmianka o zdzieraniu gardła, to muszę jeszcze przynajmniej dwa słowa napisać na temat dopingu. Jest naprawdę kapitalny: melodyjny i przede wszystkim świetnie zorganizowany (m. in. bębniarze znają się na swojej robocie). Za popisy wokalne odpowiadają kibice z Waldseite (trybuna za bramką), ale jako, że stadion składa się praktycznie tylko z miejsc stojących, to do śpiewania regularnie podłączają się też pozostałe sektory. A niskie i zadaszone trybuny sprzyjają akustyce.

Kibice Unionu mają kilka swoich flagowych numerów, które potrafią ciągnąć przez dobrych kilkanaście minut (łącznie z przerwą). Namiastka na filmie poniżej.

Leśniczówka w ogniu

Choć Union jest ściśle związany z dzielnicą Köpenick, to na trybunach Starej Leśniczówki można zobaczyć przekrój społeczny całego Berlina w pigułce. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi stworzyło jedną, wielką rodzinę, jednak wizerunek typowego kibica Unionu nie jest monochromatyczny. W zasadzie w ogóle niemożliwy do naszkicowania, ponieważ za każdym z fanów ciągnie się inna historia.

Trzon z pewnością stanowią Köpenickerzy od kilku pokoleń, którzy od zawsze mieszkają w okolicy i miłość do Unionu przechodzi u nich klasyczną drogę z ojca na syna. Nie brakuje jednak osób, które na peryferia Berlina trafiły z innych powodów. Dlatego przyznam się bez bicia, że podczas moich obu wizyt na meczach Żelaznych, znacznie częściej zerkałem na trybuny niż na boisko. Ramię w ramię stoją tam osoby między którymi – w normalnych okolicznościach, na ulicy – byłoby bardzo trudno znaleźć jakiekolwiek punkty wspólne.

DSC_0147_6
Waldseite. (fot. własne)

Z jednej strony spotkacie tam krótko ostrzyżonych młodzieńców z liczącego przeszło ćwierć miliona mieszkańców blokowiska Marzahn-Hellersdorf. Ta dzielnica to jedno ze szczytowych dokonań nrdowskiej myśli architektonicznej, czyli pisząc wprost – jest po prostu za*ebana wielką płytą po horyzont. Dlatego dzisiaj cieszy się zasłużoną opinią jednego z mniej ciekawych miejsc w Berlinie. Zainteresowanych odsyłam na… Netflixa, a konkretnie do zapoznania się ze znakomitym serialem Berlińskie psy. Blokowisko Marzhan jest jednym z głównych miejsc akcji. Dochodzi tam do zabójstwa, ludzie żyją z zasiłków socjalnych, a zgorzkniali, sfrustrowani i starzejący się mieszkańcy nie witają imigrantów chlebem i solą.

Ale stadion Unionu to nie tylko przyodziani w dres i groźne spojrzenie przybysze z Marzhan. To także hipsterzy z wąsem i w kaszkietach, którzy na co dzień rozbijają się rowerami po kawiarniach na Prenzlauer Berg, kobiety ze wszystkich możliwych przedziałów wiekowych, ojcowie z synami, czy w końcu słynni postNRDowscy dziadkowie w przetartych dżinsowych lub skórzanych kamizelkach, które nie dają już rady dźwigać tony przypiętych na nich pinów, logotypów i sportowych odznaczeń. To też ludność napływowa, która szukała w Berlinie swojego miejsca i odbiła się od Herthy, gdzie wszystko wydawało się takie, jak wszędzie. To obcokrajowcy – znudzeni rodzimym futbolem, komercją i obrzydliwą rywalizacją szejków, którzy za pieniądze odzierają piłkę nożną z resztek romantyzmu. Trybuny Starej Leśniczówki są apolityczne, ale miejscowi zawsze zastrzegają, że jakikolwiek rasistowski okrzyk mógłby się skończyć wykopaniem ze stadionu.

No dobrze – ale skoro to blog o piłce nożnej, to jestem Wam jeszcze winny kilka słów na temat przebiegu meczu z Eintrachtem Frankfurt. Spotkanie rozpoczęło się z delikatnym poślizgiem, ponieważ kibice gości przed pierwszym gwizdkiem zaordynowali konkretny pokaz pirotechniczny i leśniczówka przeszła dymem. Na boisku więcej zaczęło się natomiast dziać w drugiej połowie, kiedy zespół z Frankfurtu strzelił dwa gole. Union dzielnie walczył do samego końca, ale zdołał odpowiedzieć tylko jednym, honorowym trafieniem.

DSC_0516_4
Eintracht pali w Berlinie (fot. własne).

Gol to gol, więc fanów w najniższych rzędach czekał piwny prysznic. Od razu uprzedzę jednak, że nie jest to tylko specyfika Unionu Berlin. Kontrowersyjne zwyczaje są praktykowane na wielu stadionach za naszą zachodnią granicą, a po raz pierwszy spotkałem się z takim zachowaniem na spotkaniu Pucharu Niemiec w Chemnitz. W skrócie chodzi o to, że gdy twój zespół strzela gola, a ty masz już końcówkę piwa, to zamaszystym ruchem pozbywasz się złocistego trunku i wylewasz go na kibiców przed tobą. Marnotrawstwo co prawda nie odbywa się na masową skalę, ale jako, że w Chemnitz doszło do dogrywki i rzutów karnych, a oba zespoły strzelały jak szalone, to po meczu wolałem uniknąć kontroli drogowej oraz ewentualnego dmuchania w balonik.

Na stadionie Unionu – wyjątkowa w skali kraju – jest natomiast reakcja publiczności na stałe fragmenty gry (przede wszystkim rzuty rożne) wykonywane przez gospodarzy. Wielu kibiców wyjmuje wówczas z kieszeni klucze i dzwoniąc daje sygnał reszcie widzów, że zaraz ich ulubieńcy mogą strzelić bramkę. Do końca nie rozgryzłem etymologii tego zachowania, ale podejrzewam, że to jedno z wielu nawiązań do mitu założycielskiego związanego ze ślusarzami.

Po końcowym gwizdku kibice Unionu – standardowo – nie rozdzierali szat z powodu niekorzystnego wyniku. Piłkarze zostali nagrodzeni gromkimi oklaskami za walkę i zaangażowanie, a spiker porażkę skomentował słówkiem scheißegal, czyli lekkim wulgaryzmem, który można przetłumaczyć jako stwierdzenie, że to mi zwisa i powiewa albo, że po prostu mam to w d*pie.

DSC_0556_4
Po końcowym gwizdku nikt nie wychodzi (fot. własne)

Na trybunach faktycznie nie zaobserwowałem zbyt dużego przejęcia, ponieważ błyskawicznie zaczęła się kibicowska dogrywka. Absolutnie nikt nie zamierzał wyganiać fanów Unionu ze stadionu – w końcu byli w swoim domu. Z głośników puszczono muzykę, stoiska gastronomiczne pracowały pełną parą, a setki osób po prostu kontynuowały imprezę, która zaczęła się jeszcze kilka godzin przed spotkaniem. Mecz to danie główne, ale kibice Unionu wiedzą, że zbilansowana dieta składa się z wielu posiłków.

Diabeł tkwi w szczegółach 

Po raz drugi na An der Alten Försterei zawitałem prawie trzy miesiące później – 17 grudnia 2019 roku, kiedy Union podejmował TSG 1899 Hoffenheim. Przyjechałem zaprawiony w boju i bogatszy o garść doświadczeń nabytych podczas wrześniowej wizyty, a podopieczni Ursa Fischera w międzyczasie zdążyli się już nieco otrzaskać na salonach niemieckiej piłki. Żelaźni mieli na koncie między innymi jedno z najważniejszych zwycięstw w swojej historii – pokonali na własnym stadionie Herthę Berlin 1:0 w pierwszych derbach rozegranych w 1. Bundeslidze.

Plan był misterny. Ja tym razem miałem nie dać się zepchnąć na schody, a piłkarze Unionu do defensywy. Zadanie miałem o tyle ułatwione, że mogłem liczyć na wsparcie jednego z wyjazdowych kompanów, który w zimny, grudniowy wieczór także postanowił zażyć uroków osławionej leśniczówki. Przy okazji polecam jego bloga (wystarczy kliknąć).

Dzięki temu lepiej udało nam się wtopić w tłum, a ja stwierdziłem, że naprawdę lubię bezpośrednie podejście miejscowych kibiców. Gdy wokół nas robiło się coraz gęściej, to praktycznie z każdym fanem musieliśmy wejść w jakąś interakcję. Nawet niewerbalną, bo czasami ktoś po prostu przechodził obok ciebie i… stukał się piwem pod dobre spotkanie. Inni, gdy usłyszeli polski język, od razu brali na spytki. A skąd przyjechaliście, a skąd macie bilety, a Rafał Gikiewicz to w ogóle zajebisty bramkarz. W naszym przypadku stwierdzenie aus Stettin otwierało drogę do bardziej zaawansowanej dyskusji, ponieważ kibice Unionu doskonale pamiętali sparing z Pogonią rozegrany przy Starej Leśniczówce w 2011 roku.

Przechwytywanie
Czego chcieć więcej? (fot. własne)

Skupienie uwagi na trybunach po raz kolejny okazało się słuszną decyzją, bo na boisku nie działo się zbyt dobrze. Niestety znowu przyniosłem pecha gospodarzom i Żelaźni przegrali ostatni domowy mecz przed świąteczną przerwą 0:2.

Gdybym wrócił do wykonywania wyuczonego zawodu i podjął pracę w jakimś brukowcu, to po meczu z TSG Hoffenheim mógłbym pokusić się o całkiem sprytny clickbait. Otóż w pewnym momencie kibice Unionu zaczęli naprawdę głośno gwizdać, co przecież w ogóle nie wpisuje się w jedną z głównych zasad kodeksu honorowego, która mówi o tym, że nigdy nie wolno robić z piłkarzy kozłów ofiarnych.

Od razu jednak uspokajam, że berlińscy fani nie złamali żadnego przykazania z miejscowego dekalogu, ponieważ adresatami gwizdów byli… sympatycy z Hoffenheim zasiadający w sektorze gości. Niby nic oryginalnego, ale jestem przekonany, że nigdy nie wpadlibyście na powód takiego stanu rzeczy. Otóż przybysze z mieściny na drugim końcu kraju byli pierwszą grupą kibicowską w tym sezonie, która nie wypełniła swojego sektora do ostatniego miejsca. To z kolei oznaczało, że na stadionie Unionu – po raz pierwszy od awansu do 1. Bundesligi – nie można było odhaczyć kompletu publiczności.

Grudniowe spotkanie oglądało 20 350 osób i w programie meczowym tym razem nie można już było dostawić kolejnego stempelka z dopiskiem ausverkauft. To był pierwszy i ostatni (do momentu zawieszenia rozgrywek z związku z pandemią koronawirusa) taki przypadek w tym sezonie. Na wszystkich pozostałych meczach odnotowano komplety (po 22 012 widzów).

Jeśli ciągle jeszcze czytasz ten przydługi tekst, to w nagrodę podrzucę ci patent, który nieco zwiększa szanse na przekroczenie bram stadionu przy Starej Leśniczówce. W Niemczech dystrybucja biletów na mecze wyjazdowe odbywa się w mniej hermetyczny sposób niż w Polsce. Zdarzają się sytuacje, że wejściówkę na sektor gości można wyhaczyć w specjalnej kasie już pod samym stadionem (pewnie też w internecie). Dlatego spotkania w środku tygodnia z drużynami o mniejszym potencjale kibicowskim są doskonałą szansą, żeby jakoś wślizgnąć się na teoretycznie wyprzedany mecz. Za naszą zachodnią granicą na trybunach panują trochę inne zasady i raczej nikt nas z sektora gości nie pogoni.

DSC_0172_6
Nie lubię robić obcym ludziom zdjęć, ale wiedziałem, że takie ujęcie kiedyś mi się przyda. Jest na nim wszystko – łącznie z tablicą wyników w tle. (fot. własne)

A po końcowym gwizdku znowu miał miejsce sympatyczny obrazek. Jeden z młodych kibiców stanął na schodach i zaczął zbierać puste pokale po piwie (jest za nie kaucja). Nie była to jednak lekcja przedsiębiorczości i młodzieniec nie planował zafundować sobie w ten sposób nowego roweru. Chłopak zbierał kasę dla potrzebujących w Afryce. Jeden z kibiców szybko dostrzegł, że niski wzrost dzieciaka uniemożliwia mu przebicie się w tłumie ze swoim transparentem, więc szybko zabrał od niego tekturę i wymachując dawał sygnał innym fanom, że można tego dnia zrobić jeszcze coś dobrego.

Na koniec tego rozdziału jeszcze dwa spostrzeżenia na temat samego stadionu Unionu. Po pierwsze – uwagę od razu przykuwa archaiczna tablica wyników, na której do dzisiaj wynik zmienia się ręcznie i pan w okienku przez cały mecz musi kontrolować sytuację na boisku.

Nowoczesny telebim oczywiście także istnieje, ale berlińczycy znaleźli sposób – jak połączyć nowoczesną technologię ze specyficznym klimatem stadionu przy Starej Leśniczówce. Do sygnalizowania zmian w drużynach używa się bowiem grafik z Ampelmännchen, czyli ludzikami z nrdowskich sygnalizatorów świetlnych (zielony oznacza zawodnika wchodzącego, a czerwony schodzącego). Stworzone w latach 60-tych grafiki były na tyle oryginalne, że po zjednoczeniu Niemiec postanowiono ich nie likwidować. Do dzisiaj można je spotkać praktycznie na wszystkich przejściach dla pieszych we wschodnim Berlinie oraz na terenach byłej NRD. Są sympatyczną pamiątką po czasach – jakby nie było – słusznie minionych.

Ich sława jest na tyle duża, że doczekały się dedykowanej strony nawet na polskiej wikipedii. Zawsze z uśmiechem na twarzy czytam przytoczoną tam definicję:

Człowieczek z NRD-owskich sygnalizatorów wyróżnia się zamaszystym ruchem, w odróżnieniu od człowieczków z RFN i innych krajów, które kroczą z powagą.

DSC_0536_3
Fot. własne

Polski obrońca Berlina

Epidemia zmusiła Niemców do zawieszenia rozgrywek 1. Bundesligi po 25. kolejkach. Union z pewnością liczy na to, że w maju sezon uda się wznowić, ponieważ przyklepanie utrzymania w najwyższej klasie rozgrywkowej jest już na wyciągnięcie ręki i w Berlinie woleliby wywalczyć je na boisku, a nie przy zielonym stoliku – w związku z przedwczesnym zakończeniem ligi.

Union aktualnie zajmuje 11. pozycję z dorobkiem 30 punktów. Ma większy zapas nad strefą spadkową niż stratę do miejsc premiowanych grą w europejskich pucharach, co trzeba uznać za duży sukces. We wschodnim Berlinie nie ma mowy o spektakularnych transferach, a specjalistyczny portal transfermarkt.de kadrę zespołu wycenia na zaledwie 40 milionów euro (przedostatnia pozycja w tej klasyfikacji).

Historyczny awans nie zmienił polityki klubu, który nie zdecydował się na uruchomienie rezerw finansowych. Union nigdy nie wydał na piłkarza więcej niż 2 miliony euro (Anthony Ujah przed tym sezonem) i teoretycznie wręcz nie pasuje do realiów 1. Bundesligi.

Zespół Fischera udowodnił jednak, że liczba punktów nie zawsze idzie w parze z milionami euro wpompowanymi w funkcjonowanie klubu. Tym samym Żelaźni utarli nosa między innymi lokalnemu rywalowi z drugiej strony miasta. Kadra Herthy jest wyceniana na blisko 190 milionów euro, a możny sponsor zimą potrafił szarpnąć się m. in. na transfer Krzysztofa Piątka z AC Milan (mówi się o kwocie między 22 a 27 mln euro). Ale niebiesko-biali nie dość, że przegrali jesienne derby, to w tabeli plasują się dwie pozycje za Unionem.

Jedną z największych gwiazd drużyny jest bez wątpienia Rafał Gikiewicz. Polski bramkarz najpierw wydatnie pomógł swojej drużynie w wywalczeniu awansu do 1. Bundesligi, a w najwyższej klasie rozgrywkowej utrzymał wysoką formę. 32-latek jest uznawany za jednego z najlepszych fachowców na swojej pozycji za naszą zachodnią granicą. Świadczą o tym chociażby wysokie noty, które regularnie otrzymuje na łamach Bilda Kickera. 

Polak szybko zapracował na sympatię i szacunek ze strony kibiców zasiadaj… przychodzących na trybuny Starej Leśniczówki. Nie tylko świetną postawą na boisku, ale także swoją autentycznością. Gikiewicz mógł spokojnie odcinać kupony od swojej popularności we wschodniej części Berlina – ograniczając się do podpisywania piłek, rozdawania autografów oraz pozowania do zdjęć. Okazało się jednak, że nie jest oportunistą i nie potrafi podchodzić do niektórych spraw bezkrytycznie i bezrefleksyjnie.

Dlatego w niemieckiej prasie równie dużo, co o wysokiej formie między słupkami, można też przeczytać o jego występach pozaboiskowych. 32-latek nie bał się m.in. skrytykować własnych kibiców za pomysł zbojkotowania inauguracyjnego spotkania z RB Lipsk i zawieszenia dopingu przez pierwszy kwadrans, ale prawdziwy popis dał dopiero podczas listopadowych derbów Berlina.

Atmosfera w czasie tego historycznego starcia była naprawdę gorąca i kilku zamaskowanym chuliganom Unionu od tego wysokiego ciśnienia najprawdopodobniej przegrzały się styki w mózgach. Pomimo, że mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy, to postanowili wbiec na murawę i ruszyć w kierunku zawodników Herthy oraz sektora gości. Ten niecny zamiar błyskawicznie udaremnił jednak Gikiewicz, który w zasadzie w pojedynkę stanął im na drodze i wygonił z powrotem na trybuny. Pozostała część widowni zareagowała entuzjastycznie. Dzień później w prasie można było przeczytać, że polski bramkarz najpierw pomógł swojej drużynie zdobyć Berlin, a potem uchronił go przed chaosem i zamieszkami.

1
Fot. Berliner Kurier.

Gikiewicz nie próżnuje także w czasie pandemii koronawirusa. Wsiada w samochód, wykorzystuje znajomości w jednej z lokalnych restauracji i regularnie odwiedza szpital w dzielnicy Köpenick. I oczywiście nie są to wizyty czysto kurtuazyjne, ponieważ dowozi jedzenie dla personelu medycznego. Pracownicy szpitala są zachwyceni. Na co dzień to w większości kibice Unionu, więc dostają dodatkowy zastrzyk pozytywnej energii – widząc, że pomaga im bramkarz ulubionej drużyny.

Berlin jak Sarajewo

W ostatnim rozdziale muszę ustosunkować się do bardzo popularnej tezy, że Berlin jest najmniej piłkarską stolicą Europy. Na pierwszy rzut oka trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Kraje, w których stołeczne kluby nie należą do ścisłej ligowej czołówki można policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli poświęcicie kilka minut na przestudiowanie mapy Starego Kontynentu, to zobaczycie, że od Lizbony po Helsinki, od Londynu po Ateny, czyli praktycznie wszędzie –  błyskawicznie wskażecie jakiegoś stołecznego giganta regularnie walczącego przynajmniej o miejsce na podium.

W Berlinie najbardziej utytułowanym klubem jest Hertha, ale jej sukcesy na tle całej niemieckiej piłki wyglądają bardzo blado i przede wszystkim zdążyły się już mocno zakurzyć – Die Alte Dame po raz ostatni po mistrzostwo kraju sięgnęła w 1931 roku.

Po wojnie piłka nożna w podzielnym mieście była w zasadzie skazana wegetację. Skomplikowany status Berlina Zachodniego powodował, że choć Hertha mogła rywalizować z innymi zespołami z RFN, to w 1. Bundeslidze nie odgrywała znaczącej roli. Potrafiła na kilkanaście lat zlecieć z najwyższej klasy rozgrywkowej i tonąć w długach. Dla reszty kraju była przede wszystkim problemem. Do zachodnioberlińskiej enklawy trzeba było albo lecieć samolotem, albo tłuc się sklawiszowanymi autostradami tranzytowymi i przechodzić średnio sympatyczne kontrole. Z czasem były one coraz mniej skrupulatne, ale NRD-owscy pogranicznicy definitywnie opamiętali się dopiero w momencie, gdy jeden z obywateli RFN zszedł przy nich na zawał serca.

W międzyczasie, w latach 60-tych, przez 1. Bundesligę przewinęła się też m. in. SV Tasmania Berlin. Zapisała się w historii ligi jako najgorsza drużyna wszech czasów. Zaledwie osiem punktów, tylko dwa zwycięstwa i aż 28 porażek. Prawdopodobnie już nigdy żaden zespół nie będzie w stanie nawet zrównać się z tym osiągnięciem.

Po drugiej stronie muru funkcjonowała natomiast – jak już dobrze wiecie – liga marionetkowa. Karty rozdawały przede wszystkim zespoły będące pod kuratelą policji i wojska, a gdy socjalistyczny raj przestał istnieć, to wszystko rozsypało się… jak domek z kart.

Na przestrzeni dekad rozkład sił po obu stronach muru stał się oczywisty. Po zachodniej stronie prym we wszystkich aspektach wiodła Hertha, a po wschodniej – choć trofea z wiadomych względów regularnie zgarniało Dynamo – największą popularnością cieszyli się Żelaźni.

W tamtych czasach kibice Unionu i Herthy darzyli się ogromną sympatią. W zasadzie można napisać, że to były po prostu przyjacielskie relacje. Nigdy nie zaakceptowali podziału miasta na dwie sztuczne części, dlatego mieli wspólne marzenie, które znakomicie oddawało hasło na wielu kibicowskich gadżetach z tamtego okresu – Hertha und Union – eine Nation.

Na Stadionie Olimpijskim często śpiewano Eisern Union, przy Starej Leśniczówce nie brakowało regularnych pozdrowień dla Herthy. To strasznie denerwowało techników pracujących w nrdowskiej telewizji, którzy cały czas musieli nasłuchiwać trybun, żeby w odpowiednim momencie wyciszyć dźwięk. Gdy mur w końcu runął, to w 1990 roku doszło do zjednoczeniowego spotkania, które na Olympiastadion zgromadziło 50 tys. widzów. To był w zasadzie ostatni akcent przyjaźni pomiędzy Herthą i Unionem.

Gdy Berlin wrócił do normalności – doszło do naturalnej sytuacji w mieście derbowym, czyli rywalizacji dwóch największych klubów w stolicy Niemiec. Z racji miernych wyników sportowych Unionu, do bezpośrednich spotkań dochodziło bardzo rzadko, ale historyczne, pierwsze derby w 1. Bundeslidze potwierdziły, że z dawnej przyjaźni nic już nie zostało. Latająca pirotechnika, wymiana pozdrowień i wtargnięcie kilku kibiców Unionu na boisko, których powstrzymał dopiero Rafał Gikiewicz. Trudno się dziwić, że po końcowym gwizdku mało kto mówił o wyniku.

W Berlinie sytuacja jest bardzo podobna do tej, która panuje w Sarajewie. Gdy stolica Bośni znalazła się w piekle oblężenia, to kibice FK Sarajewo oraz Željezničara zakopali wojenny topór i ramię w ramię stanęli do wspólnej walki. Potem minęło kilka lat, życie w kraju zaczęło wracać do normalności, a na trybunach pojawiali się coraz młodsi kibice, którzy nie pamiętali wojennej zawieruchy. Derbowa rywalizacja znowu rozkręciła się więc na całego. Dzisiaj kibicowskie oblicza Berlina i Sarajewa mają ze sobą wiele wspólnego. Starsi fani – przez wzgląd na dawne czasy – zachowują powściągliwość, natomiast młodsi nie uznają sentymentów.

Sympatyków Herthy denerwuje profetyczna postawa kibiców Unionu, którzy lubują się w podkreślaniu, że są klubem wyjątkowym, kultowym i jedynym, który podąża słuszną drogą. W dzielnicy Köpenick funkcjonuje natomiast dowcip, że bilet na spotkanie Herthy można dostać w supermarkecie, jeśli zrobi się zakupy za określoną kwotę.

Niebiesko-biali od lat walczą z łatką klubu, który jest nudny i nie może pochwalić się ani wynikami sportowymi, ani wyjątkową atmosferą. Hertha cierpi przede wszystkim z powodu swojego gigantycznego obiektu. Olympiastadion robi ogromne wrażenie swoim rozmachem i znakomicie odrestaurowanymi nawiązaniami do igrzysk z lat 30-tych poprzedniego wieku, ale nie jest typowym stadionem piłkarskim. Po pierwsze to zabytek, więc fani nie mogą mu nadać typowego kibicowskiego sznytu. Nie ma mowy o żadnym dedykowanym graffiti, bezpośrednich nawiązaniach do Herthy czy jakiejkolwiek ingerencji w jego zewnętrzny wygląd. Po drugie aż 75 tys. krzesełek do zapełnienia to olbrzymie wyzwanie dla każdego klubu na świecie.

Wszystko zależy jednak od perspektywy. Hertha w tym sezonie, paradoksalnie, może pochwalić się znakomitą średnią frekwencją prawie 50 tys. widzów na spotkanie. To przecież jeden z lepszych wyników w Europie, ale nawet przy takiej publiczności gigantyczny Olympiastadion wali po oczach dużą liczbą pustych krzesełek. To tworzy wrażenie klubu, który nie przyciąga kibiców i ma nieciekawą atmosferę. A to nie do końca prawda. Wystarczy przypomnieć sobie listopadowy mecz z RB Lipsk, w czasie którego świętowano 30-lecie upadku Muru Berlińskiego. Symboliczny mur oddzielał dwie połowy boiska i został zburzony przez jadącego po murawie Trabanta. 

Hertha chciała, żeby okrągłą rocznicę uświetniły historyczne derby z Unionem, ale prezes Dirk Zingler nie przystał na tę propozycję. Stwierdził, że ten mecz to prestiżowa rywalizacja o trzy punkty i nie potrzebuje dodatkowej otoczki, która mogłaby sprawić, że spotkanie będzie miało przypiętą łatkę towarzyskiej potyczki.

Jak widać – trzy dekady nie do końca wystarczyły, żeby zatrzeć różnice pomiędzy zachodnią a wschodnią częścią miasta. Widać to doskonale na mapie, która pokazuje – jak rozkładają się siły w poszczególnych dzielnicach Berlina. Wnioski są oczywiste, ponieważ kibicowskie granice stref wpływów praktycznie na całej długości pokrywają się z przebiegiem muru. Hercie udało się wedrzeć w zasadzie tylko na blokowiska w Pankow, ale ta ekspansja może okazać się krótkotrwała. Mapka pochodzi z sierpnia ubiegłego roku i niewykluczone, że znaczny przyrost posiadaczy kart członkowskich Unionu spowodował, że Żelaźni zdążyli już odbić ten obszar Berlina z rąk Herthy. Szczególnie, że już wtedy różnice na korzyść niebiesko-białych były nieznaczne.

1
źródło: Berliner Morgenpost

W Sprewie z pewnością upłynie jeszcze sporo wody, zanim którakolwiek z miejscowych drużyn odniesie jakiś spektakularny sukces, ale to wcale nie oznacza, że stolica Niemiec nie jest piłkarskim miastem. Po prostu tutejszy futbol jest taki jak sam Berlin – trudny do jednoznacznego zdefiniowania. Oryginalny, wyłamujący się z konwencji, nieprzewidywalny, naznaczony historią i przede wszystkim naturalny. To dlatego przyciąga chociażby piłkarskich turystów z Anglii – znudzonych komercjalizacją, horrendalnymi cenami i milionami funtów, które odarły sport z resztek romantyzmu. Bo piłka nożna to coś więcej niż liczba trofeów w gablocie, a sukcesy na boisku nie są jedynym wyznacznikiem wielkości danego klubu.

Odpowiedzi

  1. Awatar Jacek

    Rewelacyjny tekst – mistrzostwo!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Awatar mateuszkasprzyk

      Bardzo mi miło – dziękuję : )

      Polubienie

  2. […] Niespełna trzy lata temu do 1. Bundesligi – sensacyjnie i po raz pierwszy w historii – awansował Union Berlin. O kulisach tego sukcesu nie będę się rozpisywał, zainteresowanych odsyłam do reportażu na temat Żelaznych, który opublikowałem na tym blogu jaki… […]

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Nowe porządki w Berlinie. Stara Dama zostawiła klucze od miasta w Starej Leśniczówce – Ja volim fudbal Anuluj pisanie odpowiedzi