Cześć,

Nazywam się Mateusz Kasprzyk. Jestem absolwentem Uniwersytetu Szczecińskiego na kierunkach: dziennikarstwo i komunikacja społeczna oraz dziennikarstwo i zarządzanie mediami. Pierwsze kroki w świecie mediów stawiałem na portalu DumaPomorza.pl, który założyłem jeszcze przed 18. urodzinami, a potem – już jako dziennikarz akredytowany przez Pogoń Szczecin – przez wiele lat rozwijałem.

Z czasem zacząłem też współpracować z innymi szczecińskimi mediami. Moje teksty ukazywały się na łamach lokalnych gazet i portali, zdarzało mi się również raz na jakiś czas przekraczać progi różnych rozgłośni radiowych w celu podzielenia się swoimi spostrzeżeniami na temat gry Pogoni Szczecin. Przez kilka (a może nawet kilkanaście?) miesięcy byłem także stałym uczestnikiem (oraz jednym ze współtwórców) najpopularniejszej audycji internetowej poświęconej szczecińskiemu klubowi, czyli podcastu Głos Portowców.

Z czasem doszedłem do jednak do wniosku, że radiową to mam co najwyżej urodę i zwolniłem miejsce przed mikrofonem kolegom, którzy – w moim odczuciu – bardziej się do tego nadają. W międzyczasie zdążyłem natomiast nieco poszerzyć horyzonty – zacząłem się zajmować wszystkimi wydarzeniami sportowymi w Szczecinie i jego okolicach. Dzięki temu mogłem obsługiwać takie imprezy, jak siatkarskie mistrzostwa Europy w 2017 roku albo najlepszy tenisowy challenger na świecie, czyli Pekao Szczecin Open. Byłem też naocznym świadkiem tego, jak rozpadał się wielki projekt o nazwie Stocznia Szczecin i jak piłkarze Błękitnych Stargard (wówczas jeszcze Szczeciński) dotarli do półfinału Pucharu Polski.

Średnio lubię to powiedzenie, ale jako że żadne inne chyba nie oddaje lepiej mojego ówczesnego położenia, to muszę stwierdzić, że złapałem Pana Boga za nogi. W młodym wieku miałem całkiem przyjemną pracę, która pozwalała mi z bliska oglądać ważne wydarzenia sportowe, stanąć z dyktafonem przy Bartoszu Kurku, Piotrze Lisku, Jerzym Janowiczu czy dziesiątkach piłkarzy ekstraklasy, a przy tym praktycznie w ogóle nie kolidowała z zajęciami na uczelni.

Po studiach postanowiłem się jednak nieco przebranżowić. Po pierwsze ze względów finansowych. Wkraczanie w dorosłość wiąże się między innymi z tym, że ma się coraz większe potrzeby. Do tej pory miesięczny budżet spinał się bez problemu, ponieważ w rubryce wydatki uwzględniał przede wszystkim weekendowe wyjścia na piwo i zatankowanie samochodu za jakąś stówę, co w przypadku poruszania się przede wszystkim po mieście, gwarantowało całkiem długą jazdę. Z wiekiem priorytety nieco się jednak zmieniają, a człowiek obiera kurs na samodzielność. Pojawiają się myśli o pełnej niezależności finansowej i założeniu rodziny.

Pewnie nie zaskoczę Was, jeśli napiszę, że dziennikarstwo sportowe w takim mieście jak Szczecin nie jest zbyt dochodowym zajęciem. Owszem – kilka osób żyje z tego na przyzwoitym poziomie, ale takich szczęśliwców jest naprawdę niewielu. Żeby porządnie zarobić trzeba albo zapieprzać w kilku miejscach jednocześnie (tutaj tekścik do gazety, tam wywiad dla magazynu, a weekend jeszcze jakaś relacja na stronę internetową), albo łączyć smażenie artykułów o Pogoni Szczecin i Piotrze Lisku z harówką w dziale miejskim. W skrócie chodzi o sprawozdania z kolizji tramwaju z samochodem, historyjki o zaginięciu kota czy telefony do czytelników zbulwersowanych dziurą w drodze.

Przyznam, że zrobiłem ze dwa podejścia do takiej bieżączki, ale wszystkie próby zakończyły się totalnym niepowodzeniem. Utwierdzającym mnie w przekonaniu, że kompletnie się do tego nie nadaje. Innym rozwiązaniem był też wyjazd do większego miasta (przede wszystkim mam na myśli Warszawę) i szukanie swojego szczęścia na emigracji. O ile jednak uwielbiam podróżować i odkrywać nowe miejsca (w zasadzie to nie mogę bez tego żyć i o tym jest przecież cały ten blog), o tyle jestem też lokalnym patriotą kochającym swój heimat.

Szczecin uważam za idealne miejsce do życia (no, może ewentualnie mógłbym wynieść się gdzieś na Bałkany). To duże miasto, w którym z jednej strony jest wszystko, czego potrzeba do przyjemnej egzystencji (kina, teatry, knajpy, puby, miliony galerii handlowych, basen, a zaraz powstaną też nowy stadion i Ikea), ale z drugiej ciągle opiera się temu pędowi charakterystycznemu dla innych metropolii w naszym kraju. Szczecin leży na uboczu, z dala od reszty dużych miast. Żyje swoim, znacznie spokojniejszym tempem, a jego mieszkańcy są na swój sposób wyjątkowi.

Często narzekamy, że Warszawa o nas zapomina, ale dzięki temu jesteśmy bardziej otwarci i od lat skazani na europejską integrację. Skandynawowie nazywają Szczecin Małą Danią i chętnie kręcą tutaj swoje biznesy. Z Niemcami nie rozgrzebujemy historii, tylko budujemy wspólną przyszłość. Mamy godzinę (z delikatnym okładem) na berlińskie lotniska, które są oknem na świat i tyle samo nad polskie morze. Lubię tutaj żyć i widzę sporo perspektyw na przyszłość. Dlatego na pewno nie będę się użalał, że sytuacja na rynku lokalnych mediów jest nieciekawa, a ja – w konsekwencji – zostałem zweryfikowany negatywnie.

Nie będę narzekał, ponieważ gdybym był zawzięty, to z pewnością jakoś bym sobie poradził. Wyjechał, wyszarpał kilka zleceniówek w różnych mediach, żeby zbudować silniejszą pozycję albo zacisnął zęby w jakimś dziale miejskim – cierpliwie czekając na nieco lepsze czasy. Ale razem z większymi potrzebami finansowymi przyszła też refleksja, że chyba mam ochotę coś zmienić w swoim życiu.

Praca dziennikarza sportowego na lokalnym poletku nie jest jakoś specjalnie wymagająca, ale ma też kilka minusów. Przede wszystkim trzeba być na ciągłym standby’u. Kiedyś, będąc już dość mocno wstawiony na jakiejś domówce, dostałem informację, że Piotr Lisek na… wieczornym mitingu tyczkarskim rozgrywanym w poczdamskim centrum handlowym właśnie złamał magiczną barierę sześciu metrów. Wiecie jak to teraz jest – w gazecie od razu ciśnienie na tekst, a w dzisiejszych czasach news ma jakąś wartość tylko wtedy, gdy wrzucisz go od razu. Kilka godzin później jest już przeterminowany, przemielony i nieaktualny. Kilka godzin później to musisz mieć już solidnie opakowane kulisy takiego sukcesu. Rozmowę z bohaterem, opinie eksperta i masę statystyk. Bo jak zawsze mnie uczyli – czytelnik bardzo lubi liczby. Podobno dobrze obrazują rzeczywistość.

Dlatego właśnie wstawałem w środku nocy podczas igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro, żeby zobaczyć bieg Sofii Ennaoui, a w weekendy żywiłem się ochłapami z cateringu. Z meczu Pogoni pędziłem na trzeciego seta siatkówki, a potem piłowałem Citroena, żeby zaliczyć jeszcze jedną kwartę na koszykówce i nagrać jakieś wypowiedzi. Dla dwudziestolatka to super sprawa, ale z wiekiem wzrasta zapotrzebowanie na nieco większą stabilizację.

Poza tym równolegle zaczęła we mnie rosnąć fascynacja podróżami. Oczywiście przede wszystkim na mecze piłkarskie, które jednak zawsze były okazją do poznania czegoś nowego (ludzi, krajów, języków, kultury i obyczajów). Zacząłem od razu z grubej rury, ponieważ w 2016 roku zameldowałem się na Wiecznych Derbach Belgradu i potem – siłą rzeczy – zanurzałem się w ten świat groundhoppingu oraz szeroko pojętej turystki coraz bardziej. W konsekwencji potrzebowałem więc nieco większej stabilizacji zawodowej. Klarownego grafiku, który łatwiej i z większym wyprzedzeniem pozwoli planować kolejne eskapady oraz ciut lepszej wypłaty, która pokryje nie tylko paliwo i trzy piwka, ale także samolot, hotel i bilet na mecz.

Te wszystkie czynniki spowodowały, że jakiś czas temu wycofałem się z zawodowego dziennikarstwa i zmieniłem branżę. Dzisiaj działam w biznesie rent a car, który co prawda ma niewiele wspólnego z moim wykształceniem (choć liznąłem trochę zarządzania, ekonomii, no i kontaktów z ludźmi), ale również pozwala mi się realizować. Jest niewiele ślęczenia przed biurkiem i sporo podróży służbowych (też tych zagranicznych), które czasami pozwolą mi nawet skoczyć na jakiś mecz. Dzięki takiej wyprawom mogłem np. zaliczyć spotkanie w Pucharze Niemiec pomiędzy Chemnitzerem FC a HSV, o którym możecie przeczytać w reportażu poświęconym Dynamu Drezno.

Pasja do pisania jednak nie zniknęła. Dlatego właśnie postanowiłem założyć tego bloga oraz fanpage na Facebooku. Dzięki temu nadal mogę realizować się dziennikarsko – pisać długie reportaże, dzielić się z Wami refleksjami i spostrzeżeniami z różnych miejsc w Europie oraz nawiązywać wiele nowych znajomości. Niewątpliwie jest to poniekąd zejście do podziemia oraz przerzutka na pisanie tylko i wyłącznie hobbystyczne, jednak muszę przyznać, że bardzo mi to pasuje.

O ile w takim normalnym życiu łaknę kontaktów z ludźmi, o tyle w kwestii jakichś dziennikarskich (w tym przypadku quasi) projektów jestem indywidualistą. Lubię sam o wszystkim decydować, niczego nie konsultować i być w stu procentach niezależnym. Po prostu – robić po swojemu. Blog daje mi taką możliwość. Piszę kiedy chcę, o czym chcę, jak chcę i nikt nie ogranicza mnie w kwestii objętości. W poważnych mediach nikt nie klepnąłby przecież tekstu na 80 tys. znaków, tylko popukał się w czoło i zaproponował, żebym od razu zgłosił się do jakiegoś wydawnictwa. Dzisiaj liczą się przede wszystkim krótkie, konkretne kawałki, które można przeczytać w kilkadziesiąt sekund. A gdy wrzuciłem mój reportaż o Spartaku Trnawa na LinkedIn, to portal wyliczył, że trzeba poświęcić 51 minut na to, żeby dojechać do ostatniego zdania.

Nie ukrywam, że ta hobbystyczna oraz niczym nieskrępowana pisanina daje mi dużo frajdy. Najwyraźniej po prostu nie byłem stworzony do zawodowego dziennikarstwa, ponieważ dopiero dzisiaj czuję stuprocentową satysfakcję z tego, co robię. A przecież powinno być odwrotnie – większość młodych adeptów zaczyna od własnych projektów, żeby się wybić, a potem wskoczyć na wyższy poziom i ogólnopolskie łamy.

Ale nie może być inaczej, skoro jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że w ogóle nie tęsknię za jednym z głównych elementów dziennikarskiego rzemiosła, czyli telefonami. Od razu zaznaczę, że nigdy nie miałem problemu z tą formą komunikacji – mało tego w aktualnej pracy wiszę na telefonie przez pół dnia i nierzadko obskoczę nawet kilkadziesiąt połączeń. Chodzi o coś zupełnie innego. Uwierzcie, że w świecie sportu naprawdę trzeba się sporo naszarpać, żeby złapać z kimś ważnym niezły kontakt i mieć świadomość, że w każdym momencie można zadzwonić i nie zostanie się zrzuconym z linii. Szczególnie, jeśli jesteś młody, niedoświadczony i pojawiasz się w zasadzie znikąd.

Mało rzeczy w tych moich próbach z dziennikarstwem męczyło mnie tak bardzo, jak te wieczne próby, żeby się do kogoś dodzwonić albo żeby ten ktoś, zgodnie z obietnicą, potem oddzwonił, ewentualnie zautoryzował swoją wypowiedź czy wywiad. Wiele razy wystałem się też w mrozie na jakichś treningach, żeby potem usłyszeć od zawodnika, że aktualnie to on nie udziela wywiadów. Oczywiście spotkałem na swojej drodze też wielu fantastycznych rozmówców, na których zawsze można było liczyć (chyba szczególnie w siatkówce), ale generalnie dość często trzeba było rzeźbić.

Świetnie opisał to w swojej książce Krzysztof Stanowski, który zwrócił uwagę na to, że niektórym dziennikarzom politycznym niesłusznie zdarza się lekceważyć tych sportowych, którzy – w ich mniemaniu – zajmują się pierdołami i mają przyjemną robótkę. Otóż jest zupełnie na odwrót. Dziennikarz, przykładowo pracujący na co dzień w sejmie, pełni tak naprawdę funkcję podstawki pod mikrofon. Większość polityków przecież sama pcha się przed kamerę i to po kilka razy dziennie. A w sporcie jest zupełnie inaczej, ponieważ piłkarze, siatkarze czy skoczkowie – w większości przypadków – gwiżdżą na jakieś rozmówki po zawodach. Jasne, najczęściej z grzeczności wyrzucą z siebie kilka banalnych zdań, ale na dłuższą metę jest im to do niczego niepotrzebne. To Ty się musisz za nimi nachodzić.

Zresztą mam w zanadrzu jeden, chyba ciekawy, przykład. Wybaczcie, ale oszczędzę sobie podawania personaliów oraz redakcji, w której się to wydarzyło, ponieważ to nie ma żadnego znaczenia. Chodzi mi tylko o to, żeby uzmysłowić Wam, jak niektórzy postrzegają pracę dziennikarza sportowego. W dzień pierwszego meczu Polaków na Euro 2016 dostałem telefon od osoby prowadzącej tego dnia dyżur, że chętnie wzięłaby coś sportowego. Brzmiało to mniej więcej tak:

– Cześć. Słuchaj, bo dzisiaj jest ten pierwszy mecz Polaków na Euro, to może wrzucilibyśmy coś na ten temat? Z tego, co wiem to przecież Grzegorz Krychowiak pochodzi z naszego regionu. Jak możesz to zadzwoń do niego i zapytaj, jak tam się czują przed meczem, jaka atmosfera itd.

Krychowiak. Wiecie, taki tam piłkarz, do którego można zawsze zadzwonić i pogadać na różne tematy. Bo skoro w każdej chwili da się poprosić o opinię np. zastępcę prezydenta miasta albo marszałka województwa, to dlaczego nie można by przekręcić do Krychy albo Lewego? I to najlepiej kilka godzin przed meczem.

I tym spostrzeżeniem zakończę ten nieco przydługi tekst, który w pierwotnym założeniu miał być moją krótką sylwetką, tymczasem zamienił się w zbiór refleksji oraz dygresji na tematy wszelakie.

Zapraszam do kontaktu ze mną drogą elektroniczną (matkasprzyk1993@gmail.com) albo za pomocą mediów społecznościowych (Facebook, Instagram, Twitter), gdzie również znajdziecie sporo, mam nadzieję, ciekawych treści piłkarskich oraz podróżniczych. Na dole strony znajdziecie odnośniki do moich profili w SM.

IMG_-ui8utj