Viktoria Berlin. Klub, który pandemia wypchnęła na piłkarskie salony

Gramy dziś z Viktorią…

Ale nie ma co gadać. Dostaliśmy w Berlinie 3:0. Nie mamy szans.

– Kto wie…

***

Dzięki meczowi z Viktorią Berlin Kwinto znalazł na trybunach warszawskiego stadionu Duńczyka, natomiast sam klub – właśnie za sprawą kultowego „Vabanku” w reżyserii Juliusza Machulskiego – zakorzenił się w masowej świadomości Polaków.

Biorąc pod uwagę, że nazwy Hertha czy Union mogą niewiele mówić niedzielnemu kibicowi, który futbol ogląda co najwyżej przy okazji meczów reprezentacji albo finału mundialu, to niewykluczone, że Viktoria byłaby najwyżej punktowaną odpowiedzią w „Familiadzie” na pytanie o klub piłkarski ze stolicy Niemiec.

***

Bo Viktoria istnieje naprawdę i trzeba oddać Machulskiemu, że zrobił całkiem przyzwoity research przed napisaniem scenariusza. Co prawda jej najlepszy okres w historii zakończył się wraz z wybuchem I wojny światowej, ale w latach 30-tych (a wtedy dzieje się akcja „Vabanku”) Viktoria wciąż była jeszcze mocnym graczem.

***  

Klub został założony w 1889 r. i obok piłki nożnej popularyzował również znacznie bardziej powszechnego w ówczesnych czasach krykieta.

Viktoria potrzebowała zaledwie pięciu lat na zdobycie swojego pierwszego tytułu mistrzów Cesarstwa Niemieckiego i – co ciekawe – nie musiała nawet wychodzić z szatni, żeby sięgnąć po to trofeum. Jej finałowy rywal, czyli FC Hanau 93 nie miał pieniędzy na daleką podróż spod Frankfurtu nad Menem i oddał mecz walkowerem. W związku z tym pierwsza próba rywalizacji ogólnokrajowej zakończyła się niepowodzeniem (w międzyczasie Viktoria tłukła wszystkich w rozgrywkach berlińskich, dlatego została wytypowana do wzięcia udziału w wielkim finale).

Teoretycznie Viktorię można więc uznać za pierwszego mistrza Niemiec, ale fakty są takie, że to tytuł nieoficjalny i choć jest oczywiście odnotowywany na kartach historii, to nie uwzględnia się go w oficjalnych statystykach.

Przy okazji warto dodać, że oba zespoły spotkały się 113 lat później, żeby ostatecznie wyrównać rachunki i w 2007 r. rozegrały symboliczny dwumecz, który miał definitywnie rozstrzygnąć losy rywalizacji z 1894 r. Viktoria stanęła na wysokości zadania. Na wyjeździe w Hanau wygrała 3:0, u siebie zremisowała 1:1 i mogła już w pełni zasłużenie świętować sukces z XIX wieku.

***

Niemiecka federacja piłkarska powstała w 1900 r. i dopiero sezon 1902/1903 uznaje się za pierwsze i oficjalnie mistrzostwa kraju. Viktoria szybko zadomowiła się w czołówce i dwukrotnie sięgnęła po mistrzowski tytuł (w 1908 i 1911 r.). Za dwa krajowe triumfy nie przysługuje jeszcze możliwość umieszczania nad herbem złotych gwiazdek dedykowanych tylko dla wielokrotnych mistrzów Niemiec, więc Viktoria – lubiąca nawiązywać do swojej historii – nieco obeszła system i po prostu zmodyfikowała swój herb na stałe wzbogacając go o złotą gwiazdę z cyfrą „2”.

W dwudziestoleciu międzywojennym Viktoria nie była już taką potęgą, ale regularnie walczyła z Herthą o prymat w Berlinie i Brandenburgii (a tylko mistrzowie poszczególnych okręgów brali wówczas udział w finałowym turnieju o mistrzostwo kraju). W 1934 r. (wtedy, kiedy dzieje się akcja „Vabanku”) Viktoria dotarła aż do ogólnokrajowego półfinału, w którym nieznacznie uległa 1. FC Nürnberg 1:2.

***

Po 1945 r. zaczęły się natomiast procesy, których dzisiejszym efektem ubocznym jest fatalna kondycja sportowa klubów piłkarskich w Berlinie.

Kluby z zachodniej części miasta do 1963 r., czyli powstania Bundesligi rywalizowały w lidze miejskiej, której zwycięzca był premiowany udziałem w ogólnokrajowym turnieju o mistrzostwo RFN. Viktoria – co raczej nie jest zaskoczeniem – należała, obok Herthy, Tennis Borussii i Tasmanii, do ścisłej czołówki po zachodniej stronie coraz bardziej podzielonego Berlina.

fot. własne

Viktoria dwukrotnie wygrała nawet te miejskie rozgrywki, jednak w turnieju głównym nie miała już nic do powiedzenia. Z dwunastu rozegranych spotkań aż dziesięć przegrała, ale po stronie małych sukcesów mogła zapisać remisy z HSV i Borussią Dortmund.

***

Generalnie z każdym rokiem sytuacja klubów piłkarskich w zachodniej części Berlina była coraz trudniejsza. Status sektora okupowanego przez aliantów zachodnich nie był do końca jasny, a NRD konsekwentnie blokowała i izolowała enklawę od reszty RFN. Zresztą innym niemieckim klubom w ogóle nie było po drodze jeździć tutaj na mecze. W konsekwencji problemy natury finansowej i organizacyjnej uniemożliwiały budowę silnych drużyn.

Dlatego w 1960 r. połączone drużyny Herthy i Viktorii stworzyły reprezentację Berlina, która na Stadionie Olimpijskim (przy 30 tys. widzów) rozegrała towarzyskie spotkanie z wielkim Realem Madryt. Mecz miał podreperować klubowe budżety. Najlepsi berlińscy piłkarze stanęli na wysokości zadania i przegrali tylko 0:1 z legendarną drużyną mającą w składzie m. in. Ferenca Puskasa i Alfredo di Stefano.

***

Po utworzeniu Bundesligi oraz reformie rozgrywek piłkarskich Viktoria w zasadzie aż do 2021 r. nie wróciła na szczebel centralny i stała się klubem prowincjonalnym. W żaden sposób nie potrafiła nawiązać do sukcesów z przełomu XIX i XX wieku.

***

W tym sezonie Viktoria gra w 3. Lidze i siłą rzeczy jest aktualnie trzecią siłą w berlińskiej piłce nożnej (wyżej grają przecież tylko Union i Hertha). Jej awans był prawdziwą sensacją a jego kulisy są materiałem na fascynujący dokument.

Viktoria od prawie dekady była co najwyżej solidnym czwartoligowcem, którego praktycznie w każdym sezonie można było szukać mniej więcej w środku tabeli. W 2018 r. w klub chciał zainwestować chiński potentat hotelarski Alex Zheng, który miał ambitne plany stworzenia z Viktorii drużyny co najmniej drugoligowej. Wydawało się, że taki klub to idealny kandydat do pójścia drogą RB Lipsk albo Hoffenheim nie tylko ze względu na obecność w wielkim mieście, ale także fakt, że Viktoria nie posiada fanatyków mogących zablokować taki projekt.

fot. własne

Azjaci szybko się jednak znudzili. Przekalkulowali, że wydostanie się z Regionalligi na szczebel centralny to być może lata inwestowania bez żadnych korzyści w zamian i porzucili Viktorię po zaledwie kilku miesiącach współpracy. Zostawili ją na skraju bankructwa i dali mocny argument wszystkim zwolennikom reguły 50+1, która mówi o tym, że żaden zewnętrzny inwestor nie może mieć pakietu większościowego w niemieckim klubie.

***

Viktoria musiała przejść przez proces upadłościowy i w trakcie sezonu 2018/2019 dostała cios w postaci dziewięciu ujemnych punktów. Na szczęście i tak zdołała się utrzymać w czwartej lidze, i uporządkować swoją sytuację organizacyjną.

Potem przyszły dwa tzw. sezony covidowe, które nie zostały dokończone. Pierwszy nie miał większej historii (ósme miejsce), ale drugi…

***

Sezon 2020/2021 – z wiadomych względów – przerwano już 2 listopada, kiedy żaden z zespołów nie miał rozegranych więcej niż 13 spotkań. Wiosną rozgrywki miały zostać wznowione, ale pod koniec marca okazało się, że sytuacja pandemiczna niespecjalnie się poprawia. Dlatego kluby wspólnie uznały, że sezon trzeba zakończyć i dotychczasowe wyniki uznać za ostateczne. Nikt nie wyobrażał sobie dogrania aż 25 kolejek oraz wszystkich zaległych meczów na przestrzeni od kwietnia do czerwca i to na poziomie de facto amatorskim.

Tabela nie pozostawiała złudzeń. Na jej czele znajdowała się Viktoria, która bardzo niespodziewanie zanotowała rewelacyjny start ligi i wygrała wszystkie jedenaście spotkań ze świetnym bilansem bramkowym 26:9. Dzięki temu wyprzedziła nawet te zespoły, które miały na koncie po dwa rozegrane mecze więcej.

I tym samym wywalczyła sensacyjny oraz bezpośredni awans do 3. Ligi, ponieważ akurat w poprzednim sezonie przedstawiciel grupy północno-wschodniej nie musiał rozgrywać spotkań barażowych.

Jasny przekaz na aktualnym stadionie Viktorii (fot. własne).

***

Gdy opadła pierwsza euforia, to okazało się, że Viktoria nie ma obiektu, na którym mogłaby rozgrywać swoje spotkania w 3. Lidze. Jej stadioniku nie da się dostosować do wymagań szczebla centralnego, a wynajmowanie Stadionu Olimpijskiego mijało się z celem, skoro frekwencja na meczach Viktorii z reguły jest trzycyfrowa.

W Berlinie zaczęła się dyskusja o fatalnej kondycji obiektów piłkarskich w stolicy, a rączki już zacierali kibice Carl Zeiss Jena, którzy po cichu liczyli na to, że Viktoria – z powodów infrastrukturalnych – będzie musiała oddać drużynie z Turyngii awans przy zielonym stoliku.

Takie rozwiązanie byłoby jednak kompromitacją dla największego miasta w Unii Europejskiej, dlatego senat Berlina podjął decyzję o wstrzymaniu rozbiórki stadionu Friedrich-Ludwig-Jahn-Sportpark. Dzięki temu Viktoria mogła skonsumować awans i po kilku dekadach przerwy wróciła na szczebel centralny.

***

Początek sezonu znowu miała absolutnie kapitalny. Viktoria wygrała trzy pierwsze mecze (w tym 4:0 z Kaiserslautern) i mniej więcej do końca września była uważna za największą rewelację trzecioligowych rozgrywek. Skazywany na spadek beniaminek jeszcze po 10. kolejce zajmował drugie miejsce.

Potem nastąpiło jednak bolesne zderzenie z rzeczywistością. Paliwo z początkowej euforii się wyczerpało, efekt zaskoczenia przestał działać, a na boisku zaczęły wychodzić wszystkie mankamenty drużyny, która na papierze ma zdecydowanie słabszy skład oraz mniejszy potencjał od praktycznie wszystkich rywali w 3. Lidze.

Od 11 września zespół z Berlina wygrał tylko dwa (!) spotkania i zanotował spektakularny lot niemal na sam dół ligowej tabeli. W momencie pisania tego tekstu Viktoria jest na szesnastym, ostatnim bezpiecznym miejscu i na finiszu sezonu na pewno będzie skazana na rozpaczliwą walkę o utrzymanie się w 3. Lidze.

***

Przyznam szczerze, że długo zwlekałem z wizytą na meczu Viktorii, ponieważ pierwsza część rundy jesiennej nastrajała bardzo pozytywnie i wszystko wskazywało na to, że berlińczycy na dłużej zadomowią się w 3. Lidze.

Ostatnie wyniki spowodowały jednak, że gdy tylko Niemcy nieco poluzowali obostrzenia i zaczęli otwierać stadiony, to bez większego zastanawiania zdecydowałem się na wyprawę do stolicy Niemiec. Bardzo chciałem zobaczyć Viktorię na żywo, póki ta gra jeszcze na poziomie centralnym.

***

Wybór padł na zaległe spotkanie z Eintrachtem Brunszwik, czyli mocnym rywalem, który po roku przerwy chce wrócić do 2. Bundesligi.

***

Rozgrywanie meczów na Friedrich-Ludwig-Jahn-Sportpark wymusiło na Viktorii przeprowadzkę do wschodniego Berlina.

To trzeci co wielkości stadion w mieście, który może pomieścić prawie 20 tys. kibiców. To także jeden z symboli byłej stolicy NRD, który powstał na początku lat 50-tych jako arena zmagań dla uczestników 3. edycji Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów. Wielofunkcyjny obiekt był świadkiem największych sukcesów odnoszonych najpierw przez wojskowy Vorwärts (potem przeniesiony do Frankfurtu nad Odrą), a następnie przez legendarne BFC Dynamo, które dziesięć razy z rzędu sięgnęło po mistrzostwo NRD.

Panorama obiektu (fot. własne).

Po zjednoczeniu Niemiec Friedrich-Ludwig-Jahn-Sportpark paradoksalnie nie stracił na znaczeniu (w dużej mierze z powodu braku nowoczesnych aren sportowych w Berlinie) i chętnie wykorzystywano jego wielofunkcyjność (posiada m. in. bieżnię). Odbywały się tu nie tylko zawody lekkoatletyczne, ale także np. żużlowe. W 2015 r. na tym stadionie rozegrano natomiast… finał kobiecej Ligi Mistrzów. Ponad 17 tys. widzów oglądało triumf Eintrachtu Frankfurt nad PSG.

***

Wraz z końcem 2020 r. wygasła koncesja na użytkowanie archaicznego obiektu i korzystające z niego od kilku lat BFC Dynamo musiało się wynieść na swój drugi, skrajnie zapuszczony stadionik w Hohenschönhausen. Przed rozpoczęciem tego sezonu kibice zorganizowali pospolite ruszenie i ogarnęli zdewastowany obiekt na tyle, żeby spełniał wymagania czwartej ligi.

Friedrich-Ludwig-Jahn-Sportpark miał natomiast zostać wyburzony i zastąpiony nowoczesnym obiektem lekkoatletycznym, ale niespodziewany awans Viktorii spowodował, że senat Berlina musiał zmienić decyzję i przedłużył koncesję na kolejne dwa lata. Ograniczył tylko pojemność z 20 do 10 tys. miejsc.

Viktoria została więc nowym gospodarzem stadionu, a BFC Dynamo już nie kombinowało i zostało na uprzątniętym Hohenschönhausen. Ale niewykluczone, że niedługo będzie znowu musiało wrócić na Friedrich-Ludwig-Jahn-Sportpark, bo zajmuje pierwsze miejsce w swojej grupie czwartej ligi i jest poważnie zagrożone awansem.

***

Stadion – szczególnie wieczorową porą – ma absolutnie niepodrabialny klimat. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest podobny do obiektu Ruchu Chorzów, ale dwa razy większy i utrzymany w znacznie lepszym stanie. Niestety stare, majestatyczne jupitery są już wyłączone z użytku, a murawę oświetlają nowe maszty zlokalizowane bezpośrednio przy boisku.

Bez większych problemów udaje się znaleźć miejsce parkingowe kilkanaście metrów od bramy wejściowej na stadion. Po szybkim rekonesansie okazuje się jednak, że i tak nie obędzie się bez spaceru wokół obiektu, ponieważ tędy jest wejście tylko na sektor gości. A fani z Brunszwiku – pomimo rozgrywania meczu w środę – dopisali. Po pierwsze nie mieli daleko (co to jest 230 kilometrów trzypasmową autostradą), a po drugie grają przecież o awans.

Nie był to jednak wyjazd zorganizowany, a bardziej taka piknikowa wycieczka. Większość kibiców jechała na własną rękę, a pod stadionem nie było praktycznie żadnej obstawy policyjnej. Goście chodzili sobie, gdzie chcieli, popijali piwko – generalnie totalny chillout. Nikt nikogo nie sprawdzał i dopiero, gdy spostrzegłem, że wokół wszyscy mają na sobie niebiesko-żółte szaliki, to uświadomiłem sobie, że „Tadek, to nie ta sprawa”.

Szybki transfer na drugą stronę stadionu i tutaj było już niestety puściutko. Na kilkanaście minut przed pierwszym gwizdkiem do wejścia na sektory gospodarzy nie było praktycznie żadnej kolejki.

***

Spotkanie oglądało zaledwie 1486 widzów, co spowodowało, że stadion świecił pustkami. Szczególnie że znakomita większość kibiców stała zbita w sektorze gości na przeciwległym łuku, gdzie praktycznie nie dochodziło już światło z nowych jupiterów.

Sektor gości (fot. własne).

Przed meczem można było więc spokojnie zwiedzić prawie cały obiekt, ale warto odnotować, że przy wejściu na każdy sektor (nawet taki całkiem pusty) stali stewardzi, którzy skrupulatnie sprawdzali bilety. Wejściówki były w różnych cenach (od 17 do 25 euro) i jeśli ktoś wybrał najtańszą opcję, to nie mógł liczyć na miejsce pod dachem i z optymalną widocznością.

A uwierzcie mi, że warto było dorzucić te kilka euro, ponieważ do Berlina (i Polski) zbliżał się właśnie owiany – dosłownie i w przenośni – złą sławą orkan Eunice i na otwartej przestrzeni było czuć coraz mocniejsze podmuchy wiatru.

Na szczęście w sukurs przyszła niezawodna architektura socrealistyczna. Trybuna kryta jest obudowana wielkimi betonowymi płytami, które dla mnie – jako totalnego laika w tym temacie – niczym nie różnią się od płyt, z których budowano bloki mieszkalne w czasach PRL.

Ale najważniejsze, że w stu procentach zdają egzamin. Na trybunie w ogóle nie było czuć wiatru, a jeśli dodać do tego osiem stopni na plusie, to komfort oglądania meczu – jak na środek lutego – był więcej niż zadowalający. Jedynym minusem były krzesełka. Upie*dolone tak masakrycznie, że gdyby nie fakt, że zostały kilka lat temu wymienione, to pomyślałbym, że nikt ich nie umył od czasów Honeckera.

Biorąc pod uwagę, że za bilet trzeba zapłacić ponad 20 euro i cena nie obejmuje przynajmniej z grubsza uprzątniętego krzesełka, to można poczuć się delikatnie oszukanym. Ale nawet gdyby ktoś nas*ał na te kolorowe kawałki plastiku, to i tak nie przebiłoby to tego, co wyprawiali piłkarze Viktorii na boisku.

Wiatr nie ma żadnych szans (fot. własne).

***

Po 18 minutach było już 3:0 dla Eintrachtu. Pierwszy gol – obrońca Viktorii zamiast w piłkę kopie się we własną nogę i w konsekwencji ląduje na murawie. Co gorsza robi to w momencie, gdy bramkarz gospodarzy jest na wyciecze poza pole karne i dość późno doznaje refleksji, że zostawił pustą bramkę. Drugi gol pada po rykoszecie, trzeci to już klasyczny samobój.

Viktoria wygląda dramatycznie, a Eintracht już po kwadransie z delikatnym okładem może dopisać sobie komplet punktów. Goście po szybko wyprowadzonym nokaucie nieco zwalniają tempo, ale w przerwie najwyraźniej dochodzą do wniosku, że warto sprawić jeszcze trochę radości kibicom, którzy tak licznie przyjechali do Berlina.

Bo już po pierwszej bramce okazało się, że z Eintrachtem sympatyzuje nie tylko kilkaset osób w sektorze gości, ale także… znakomita większość kibiców zasiadających na pozostałych trybunach. Zespół z Brunszwiku w drugiej połowie dorzucił więc kolejne trzy bramki i wygrał całe spotkanie aż 6:0. Eintracht odniósł największe wyjazdowe zwycięstwo od 30 lat i zrewanżował się Viktorii za sierpniowy mecz na własnym stadionie, który przegrał 0:4. Te dwa spotkania idealnie obrazują różnice pomiędzy Viktorią z pierwszej i drugiej części sezonu.

***

Przy okazji warto dodać, że Eintracht jest klubem, który w pewien sposób zrewolucjonizował niemiecki futbol, ponieważ jako pierwszy umieścił na swoich koszulkach logo sponsora. I to nie byle jakiego, bo w 1973 r. na trykotach drużyny z Brunszwiku pojawiła się głowa jelenia, która jest symbolem słynnego likieru Jägermeister.

***

Wnioski są dość oczywiste. Aktualnie Viktoria nie pasuje do 3. Ligi ani piłkarsko, ani organizacyjnie.

Transfermarkt wycenia kadrę zespołu na nieco ponad cztery miliony euro. To przedostatnie miejsce wśród zespołów na trzecim poziomie rozgrywkowym. Zdaniem specjalistów słabszą drużynę ma tylko drugi z beniaminków – TSV Havelse, który od pierwszej kolejki ani na moment nie opuścił strefy spadkowej.

Viktoria skład na 3. Ligę budowała na zasadzie pospolitego ruszenia. Gdyby zrobić bilans ostatnich miesięcy, to w rubryki zarówno z transferami wychodzącymi, jak i przychodzącymi można wpisać po kilkanaście nazwisk. Beniaminek – przynajmniej oficjalnie – nie wydał na wzmocnienia ani centa, a rozgrywki próbuje podbijać takimi zawodnikami, jak Soufian Benyamina.

32-letni napastnik to postać doskonale znana kibicom Pogoni. Do Szczecina trafił z Hansy Rostock i miał brylować w ataku drużyny prowadzonej przez Kostę Runjaicia. Niestety w jednym z przedsezonowych sparingów doznał koszmarnej kontuzji głowy, która wyłączyła go z gry na wiele miesięcy. To nie był jednak największy problem, bo istniało poważne zagrożenie, że zawodnik straci wzrok w jednym oku i będzie musiał przedwcześnie zakończyć karierę.

Ostatecznie wrócił jednak do piłki i w poprzednim sezonie spuścił z 3. Ligi ówczesnego beniaminka – Lubekę. Teraz jest na dobrej drodze to tego, żeby zanotować drugi spadek z rzędu. W trwających rozgrywkach strzelił tylko dwa gole, ale w blamażu z Eintrachtem akurat nie wziął udziału, bo dochodzi do siebie po innych problemach zdrowotnych.

Generalnie mam dla niego naprawdę WIELKI szacunek, że wrócił do uprawiania profesjonalnego sportu po tym, co przeszedł, ale z drugiej strony Benyamina jest jednym z flagowych przykładów na to, jak Viktoria budowała swój zespół na 3. Ligę.

***

To zresztą niejedyny ekstraklasowy akcent w tym klubie. Viktoria – zaraz po klęsce z Eintrachtem Brunszwik – pojechała na spotkanie z SV Wehen Wiesbaden. W Hesji, raczej zgodnie z przewidywaniami, przegrała 0:2, co ostatecznie przelało czarę goryczy i za współpracę podziękowano trenerowi Benedetto Muzzicato, który w Berlinie pracował od 2019 r. i wprowadził Viktorię do 3. Ligi.

Tymczasowym następcą Muzzicato został jego dotychczasowy asystent David Pietrzyk. Tak, tak – dokładnie ten niegramotny współpracownik Gino Lettieriego, który w Koronie Kielce zajmował się nie tylko pracą szkoleniową, ale także tłumaczeniem konferencji prasowych, bo klub chciał trochę przyoszczędzić. Problem polega na tym, że język polski Pietrzyka jest na takim poziomie, że bez większych problemów poradzi sobie co najwyżej płacąc za paliwo na stacji benzynowej albo ewentualnie kupując fajki w kiosku.

W związku z tym Pietrzyk potrafił na przykład wypalić po wygranym meczu, że drużyna nie żyje (tłumacząc w ten sposób słowa Lettieriego, że zespół był w dołku, ale już z niego wyszedł). Potem biuro prasowe musiało prostować jego translację i przepraszać Lettieriego za przekaz, który poszedł w świat po konferencji.

Pietrzyk wszystkie mecze jako strażak oczywiście przerżnął, ale po zatrudnieniu nowego szkoleniowca pozostał w klubie i wrócił do roli asystenta. Nowym trenerem został 41-letni Farat Toku. Raczej totalny noname, który aż przez pięć lat prowadził czwartoligowy SG Wattenscheid 1909. Tak, to ten klub, który na początku lat 90-tych sensacyjnie awansował do 1. Bundesligi, a Uli Hoeneß powiedział, że to najgorsze co mogło się przydarzyć tym rozgrywkom.

Toku od jesieni 2019 r. nie pracował w żadnym klubie, natomiast w ostatnim czasie udało mu się zdobyć licencję trenerską. Ale generalnie umówmy się – chłop, przynajmniej na papierze, nie sprawia wrażenia zbawcy.

***

Kolejny wniosek jest taki, że Viktoria totalnie zmarnowała potencjał marketingowy związany z awansem i nie przebiła się do masowej świadomości mieszkańców Berlina. I absolutnie nie da się tego przykryć pandemią, która na wiele miesięcy zamknęła stadiony.

Viktoria jest prawdopodobnie dopiero na szóstym miejscu, jeśli chodzi o najpopularniejsze kluby piłkarskie w Berlinie. Pierwsza czwórka raczej nie podlega dyskusji. Najpierw jest dwójka niekwestionowanych potentatów: Union i Hertha, a potem skrajnie odmienne światopoglądowo BFC Dynamo i Tennis Borussia. Piąte miejsce należy chyba do czwartoligowego Berlinera AK, który ściąga na trybuny również mniejszość turecką i ma siedzibę praktycznie w samym centrum miasta.

***

Viktoria – wraz z awansem do 3. Ligi – stała się trzecią siłą piłkarską w mieście i miała wielką szansę, żeby na najniższy stopień podium wskoczyć także w aspekcie popularności wśród mieszkańców stolicy.

Wejście na mecz Unionu z ulicy graniczy z cudem, natomiast Hertha od kilku lat prezentuje żenującą formę sportową i nie może odkleić od siebie łatki nudnego, wielkomiejskiego klubu.

Viktoria – jako trzeci klub z Berlina na szczeblu centralnym – miała więc okazję, żeby wprowadzić powiew świeżości do stołecznego futbolu. Przeprowadziła się na duży stadion i awansowała do mocnej ligi z niezwykle atrakcyjnymi rywalami takimi, jak: Kaiserslautern, TSV 1860 Monachium, FC Magdeburg czy MSV Duisburg.

Poza tym klub nie ma ultrasów ani żadnych kumatych fanów. Wydawał się więc idealnym obiektem zainteresowania dla przeciętnego mieszkańca Berlina czy niedzielnego kibica chcącego zobaczyć piłkę na relatywnie wysokim poziomie, wypić w spokoju piwo i zjeść dobrze wypieczoną giętą. Przykładowo na meczu hermetycznego BFC Dynamo może zostać rozkminiony jako intruz, natomiast na Viktorii klimat jest skrajnie piknikowy. Idealny dla mieszczuchów, którzy nie są zainteresowani kibicowskim rzemiosłem czy chociażby rodzin z dziećmi.

Viktoria miała też inne solidne fundamenty do rozbudowy swojej bazy kibicowskiej. Ma długą oraz ciekawą historię (dwa mistrzostwa kraju to dorobek analogiczny do Herthy i wybitny na tle innych drużyn z Berlina) i może pochwalić się statusem największego klubu piłkarskiego w Niemczech. Tak, tak – nie pomyliłem się. Viktoria ma prawie 70 (!) drużyn. Przede wszystkim młodzieżowych, ale także kobiecych i seniorskich (chodzi w tym przypadku o oldbojów, którzy na murawie gubią zbędne kilogramy). Żaden klub u naszych zachodnich sąsiadów nie zrzesza łącznie tylu zawodników, co Viktoria (nawet Bayern i Borussia).

***

Ale klub totalnie skopał cały ten potencjał i prawie wszystkie działania Viktorii mogą w zasadzie posłużyć za studium nieudolnego marketingu i promocji.

Po pierwsze ceny. W miarę sensownego miejsca pod dachem i z przyzwoitym widokiem na boisko nie dostaniemy za mniej niż 20 euro. A jeśli dodamy do tego pakiet obowiązkowy, czyli piwo z giętą, to musimy sięgnąć do portfela po kolejne osiem euro (4,5 euro za samo piwo uważam zresztą za delikatne przegięcie, a jestem bardzo tolerancyjny, jeśli o ceny na niemieckich stadionach).

Cennik (fot. własne).

Za 30 euro można zrobić w Berlinie mnóstwo innych ciekawych rzeczy, więc na starcie już sam cennik może odstraszyć kogoś, kto chciałby wpaść na Viktorię nawet z ciekawości.

Zaledwie 11 euro kasuje za wejście na swój stadion grająca ligę niżej Tennis Borussia, czyli klub, który pod względem opakowania bije Viktorię na głowę. Nie każdemu może pasować bijąca z trybun lewicowość, ale każdy doceni klimat na meczach popularnego „TeBe”. Walkę z komercją, playlistę układaną przez fanów, wegańskie burgery, dobrze zaopatrzony fanshop czy namiastkę ruchu kibicowskiego, który uwzględnia nawet odpalanie pirotechniki.

Na spotkaniach Tennis Borussii często słychać język angielski. Widać, że jest to projekt, który interesuje nawet zagranicznych mieszkańców Berlina. Chcą poczuć ten specyficzny klimat i uważają, że rytm trybun jest zbieżny z rytmem życia na ulicach niemieckiej stolicy.

***

Na meczach Viktorii w ogóle tego nie ma. Czterocyfrowa frekwencja jest tylko wtedy, gdy na Friedrich-Ludwig-Jahn-Sportpark przyjeżdża rywal z silnym zapleczem kibicowskim. A za gospodarzy regularnie trzyma kciuki może w porywach z pięćset osób.

Klub – to jedna z nielicznych rzeczy godnych pochwały – próbuje ściągać na trybuny osoby z zewnątrz (np. groundhopperów) i w pakiecie z biletem oferuje 10 proc. zniżki na nocleg w niektórych hotelach, ale praktycznie w ogóle nie przekłada się to na wzrost frekwencji. Z reguły są to tylko jednorazowe wizyty i w większości na stadion przychodzą lokalni pasjonaci futbolu z Berlina i okolic. Zrobią kilka zdjęć, wrzucą krótką relację na Instagrama i więcej już nie wracają.

Bo tak naprawdę chyba nie ma po co. Jednorazowy strzał (jak w przypadku autora tego tekstu) faktycznie jest super. Można poczuć klimat kultowego stadionu, napić się piwa i z bliska zobaczyć, jak Viktoria radzi sobie na boiskach 3. Ligi.

Ale żeby wpadać na jej mecze co dwa tygodnie? Za takie pieniądze raczej nie ma sensu. Trudno się nawet w jakikolwiek sposób identyfikować z tym klubem. Poza wielką płachtą z herbem rozłożoną na jednym z sektorów nie ma zbyt wiele elementów, które przynajmniej delikatnie pozwoliłyby poczuć, że Friedrich-Ludwig-Jahn-Sportpark jest domem Viktorii (nawet jeśli tylko tymczasowym).

Na koronie stadionu znajduje się biały kontener, który pełni funkcję klubowego fanshopu. Jakość asortymentu sprzedawanego przez jakąś randomową babcię dorabiającą na emeryturze lepiej jednak przemilczeć. Zresztą sami możecie pooglądać te ciuchy na oficjalnej stronie klubu. Może i zakładałbym jedną z tych bluz na wyjścia ze śmieciami albo do Żabki po piwo, ale cena 60 euro raczej nie przekonała mnie do poszerzenia swojej garderoby.

Oficjalny sklep klubowy (fot. własne).

***

Wisienką na torcie jest natomiast hasło promujące klub w mediach społecznościowych, które brzmi #vamosviki.

Idealne jako klucz do wi-fi w hotelu dla surferów na Malediwach, całkiem zgrabne jako hasztag wspierający występ Viki Gabor na Eurowizji, ale co ta dewiza ma wspólnego z Viktorią Berlin?

Gdy to zobaczyłem, to przed oczami od razu stanęła mi scena z „Czasu Surferów”, kiedy Bogusław Linda aka Joker dowiaduje się, że Fifi i Kozioł – za namową akwizytora Rysia – ucięli palec Czarneckiemu (który wcale nie był Czarneckim).

– Ku*wa mać! Jak można zrobić coś takiego?

***

Wnioski końcowe? Niestety mało optymistyczne, ponieważ wszystko wskazuje na to, Viktorię będzie można już niedługo wrzucić na półkę z napisem one-season wonder. Większość klubów piłkarskich czasy pandemii będzie wspominać z traumą, natomiast Himmelblauen dostali wówczas od losu prawdopodobnie niepowtarzalną szansę na to, żeby wrócić na piłkarską mapę Niemiec, przypomnieć o sobie światu i przy okazji nieco zmienić układ sił w Berlinie.

Na razie wygląda na to, że szansę zmarnowali. Oczywiście sezon jeszcze trwa i być może Viktoria ostatecznie się utrzyma się w 3. Lidze, zyskując tym samym kolejny rok na ustabilizowanie swojej pozycji, ale biorąc pod uwagę, że z ośmiu tegorocznych meczów aż sześć przegrała, to trudno być optymistą. Zresztą te dwa pozostałe remisy też trzeba traktować jak porażki. Viktoria podzieliła się punktami w obu meczach za sześć punktów z będącymi w strefie spadkowej SC Verl i Havelse. I to w dość wstydliwych okolicznościach.

Jeśli Viktoria spadnie, to prawdopodobnie już przez lata nie wygrzebie się z czwartej ligi. Na pełnym dystansie sezonu raczej nie będzie w stanie z powodzeniem rywalizować w grupie północno-wschodniej, która jest czyśćcem dla masy postnrdowskich legend, które prowadzą wyniszczającą walkę o powrót na szczebel centralny. BFC Dynamo, Energie Cottbus, Lokomotive Lipsk, Chemie Lipsk, Carl Zeiss Jena, Chemnitzer FC. Oni wszyscy stoją w kolejce po awans do 3. Ligi.

Na szczęście futbol nie zna próżni i niewykluczone, że nawet w przypadku spadku Viktorii, Berlin i tak będzie miał trzy zespoły na szczeblu centralnym w przyszłym sezonie, ponieważ w momencie pisania tego tekstu liderem Regionalligi Nordost jest stołeczne BFC Dynamo. I jeśli tak się stanie, to 3. Liga znowu wróci na… Friedrich-Ludwig-Jahn-Sportpark!

Odpowiedzi

  1. Awatar Mac Kasprzyk

    vamos [czyt. bamos] – z hiszpańskiego „no dalej”, „dawaj”, „chodźmy” … ale czy to nadaje jakiś sens?

    Polubienie

    1. Awatar mateuszkasprzyk

      Gdyby Viktoria była z Madrytu, Barcelony, Majorki albo Buenos Aires wtedy miałoby to jakiś sens. Ale z Berlinem zimą nie kojarzy się to w ogóle…

      Polubienie

  2. […] oba kluby. I oby to nie były jedyne stadtderby w przyszłym sezonie. Jeśli Viktoria się utrzyma (ostatnio złapała wiatr w żagle i też możecie przeczytać reportaż na jej temat na tym blogu), a BFC Dynamo utrzyma kurs na awans, to małe derby odbędą się również w 3. […]

    Polubienie

  3. […] Vorwärts oznaczało również przeprowadzkę na znacznie większy Friedrich-Ludwig-Jahn-Sportpark (możecie o nim poczytać w reportażu poświęconym Viktorii Berlin), gdzie zamontowano sztuczne oświetlenie. BFC Dynamo grało na tym obiekcie – nie licząc […]

    Polubienie

Dodaj komentarz